Wysokie stężenie kinowej ekstrawagancji. Międzynarodowy Festiwal Filmowy, Rotterdam 2016.

rotterdam 2016Do niezastąpionych Nowych Horyzontów wciąż trzeba nam odliczać w długich, za długich miesiącach. Wrocławska mekka kina odchyłów rozwinie przed nami swoje magentowe dywany dopiero w porze topniejącego asfaltu i parujących chodników. Tymczasem, grzęznąc w zimowej plusze przyszło nam polować na substytuty festiwalu o tak wysokim stężeniu kinowej ekstrawagancji. Wiąże się to, rzecz jasna, z zagranicznymi wojażami, pracą w terenie i sprawną logistyką własnego aparatu poznawczego. Już za chwilę, nasi zachodni sąsiedzi zaproszą nas do kin w ramach festiwalu Berlinale. Opłakuję swoje położenie, gdyż w tym roku, nie będzie mi dane zasiąść w precyzyjnie wykonanych, niemieckich fotelach. Ale za to te holenderskie, również niczego sobie.

Sprawa to świeża, bo właśnie dobiegła końca 45 edycja Międzynarodowego Festiwalu Filmowego w Rotterdamie. IFFR, odkąd tylko pamiętam obfitował w dzieła, które później z łatwością przedzierały się przez drobne sito nowohoryzontowych selekcjonerów. Filmy nurtów pobocznych, ekscentryczne fantasmagorie.

Kino o krzywym spojrzeniu i z wysypką na udach.

I choć bilety na Cementery of Splendour Apichatponga Weerasethakula wyprzedały się w mgnieniu szybszym od mojego leniwego oka, a znany zapewne uczestnikom wrocławskiego festiwalu, kontrowersyjny Khavn zniechęcał do partycypacji przy okazji seansu swojego nowego dzieła, siedmiogodzinnym solo na nieprzyzwoicie pijanym pianinie (rzecz jasna na żywo), to z przyjemnością stwierdzić muszę, że intuicja mnie nie zawiodła. Trafiłem bowiem do właściwych sal kinowych i w większości przypadków, wychodząc z nich było we mnie więcej miłości do życia, niż przed projekcjami w tym smutnym, zasnutym deszczem i wirusem grypy mieście, na południe od radosnego Amsterdamu.

Przechodząc do sedna, miejcie więc oko na tych kilka tytułów, których część przynajmniej pojawi się na srebrnych ekranach polskich kin studyjnych w bieżącym roku. Hopla!

chevalierChevalier. Athina Rachel Tsangari. Grecja (2015)

BANG! Odnoszę wrażenie, że kryzys na Peloponezie omija szerokim łukiem grecką kinematografię, a wręcz jej sprzyja. Wszak ludzka niedola jest matką wszelkich muz, a cierpienie to zbawienie dla sztuki w ogóle. Wybornie się bawiłem. Trafna i niepoprawnie ironiczna karykatura męskiej rywalizacji w stadzie. Siedmiu mężczyzn na pokładzie luksusowego jachtu, stawia wszystko na jedną kartę w grze o rzecz dla nich najstotniejszą, elitarny tytuł „najlepszego w ogóle”.

Jak przy pomyślnym wietrze kłębi się i piętrzy ta grecka nowa fala. Gołym okiem widać, że Tsangari i Lanthimos płyną na tej samej desce. Lanthimos oczywiście odjechał totalnie w swoich kuriozalnych wizjach i chwała mu za to. Tsangari popełnia sztukę bardziej subtelną, zarysowując kontury odrębnej stylistyki czucia obrazem. Chevalier zahacza w gruncie rzeczy o kino bunuelowskie. Przywodzi na myśl choćby Dyskretny urok burżuazji, a mimo to nie jest tylko lichym cieniem filmów papy frymuśnego miksu absurdu z krytyką społeczną. Świetny, świetny film. Na pewno o nim usłyszycie.


 

the garbage helicopterThe Garbage Helicopter. Jonas Selberg Augustsén. Szwecja (2015)

Trzy wyciszone postacie podróżują samochodem w towarzystwie drewnianego zegara ściennego i jak to w kinie drogi bywa, nie obywa się bez nieoczekiwanych zwrotów akcji. Rozwiązują więc krzyżówki, nawiązują znajomość ze złodziejami dzieł sztuki i zatrzymują się, by obejrzeć z bliska największy w świecie nóż do krojenia sera. Nie wiem jak Was, ale mnie to zachęca. Narodowość Augustseéna nie jest jedynym tropem prowadzącym do filmografii niejakiego Roya Andersona. Statyczne kadry i krótkie ujęcia, będące swego rodzaju filmowymi haiku splatają się w wianek nie tyle humorystyczny co subtelnie ironiczny. Charakterystyka postaci i ich historia, zwłaszcza w czerni i bieli, może także przywodzić na myśl Stranger Than Paradise Jima Jarmuscha. I nawet jeśli The Garbage Helicopter dla wielu będzie jedynie spóźnionym o 30 lat postmodernistycznym kolażem czerpiącym garściami z klepanych już po pleckach twórców, to paradoksalnie trudno mu odmówić swoistej świeżości.


 

100 yen love100 Yen Love. Masaharu Take. Japonia (2014)

Chrzczony mianem melodramatu sportowego przez beztroskie portale filmowe 100 Yen Love może zwieść na manowce zarówno miłośników arthouse’u jak i zwolenników lżejszego kina środka. Ostatecznie plasuje się gdzieś pomiędzy, dzięki formie opartej na inteligentnym remiksie popularnych rozwiązań fabularnych komedii romantycznych i filmów sportowych. Trzydziestoletnia, wyalienowana ofiara losu płci żeńskiej, zmuszona jest dorosnąć. Wygnana z rodzinnego domu, szuka pracy, miłości i pasji. Banalniej już być nie może? To naprawdę perełka młodego kina japońskiego. Nafaszerowana prawdopodobnie wszystkimi odczytywanymi przez ludzki mózg emocjami, od śmiechu, przez odrazę, na szczerym wzruszeniu kończąc. Polecam z całego, swojego zimnego serca. „Melodramat sportowy” ma się do 100 Yen Love mniej więcej tak, jak „książka kulinarna” do Milczenia Owiec.


 

evolution

Evolution. Lucile Hadzihalilovic. Francja (2015)

Są takie dzieła, które powielają kinowe i literackie schematy, a mimo to wychodzą obronną ręką. Evolution do nich należy. Mamy tu postapokaliptyczną rzeczywistość, tajemniczą wyspę i mroki szpitalnych pomieszczeń. Okrutne pielęgniarki. Złą medycynę. Podejrzaną dietę i syropek. Tajemnicę dorosłych i dziecię, które ją stopniowo zgłębia. Buntownika i szlachetną duszę wyłamującą się z nieznającego empatii stada, by stanąć po stronie dobra, bez względu na konsekwencje swoich poczynań. Możemy Evolution interpretować na wiele sposobów, jak kinowa zemsta na rodzaju męskim, ponura metafora dojrzewania, odkrywanie tajników świata dorosłych, wiele innych, prawdopodobnie jeszcze bardziej pretensjonalnych sensów. Możemy także poddać się po prostu onirycznej dystopii Hadzihalilovic i obejrzeć film o przerażających kobietach zmieniających bieg ludzkiej ewolucji. Dystopii minimalistycznej, intrygującej wizualnie. Niezmiernie niepokojącej i przez to pięknej jak rozgwiazdy.


 

sayonaraSayonara. Kôji Fukada. Japonia (2015)

Poetycka w duchu opowieść o tym, czym właściwie jest to nasze marne, ludzkie istnienie. Film w zawiesistym klimacie postapokaliptycznym, a raczej preapokaliptycznym. Mamy tu bowiem do czynienia z katastrofą ekologiczną, realnie zagrażającą wszystkiemu co żywe. Ewakuacja mieszkańców japońskiej prowincji przeprowadzana jest bez pośpiechu i większego zaangażowania ze strony władz. W drewnianym domu, wśród wysokich traw, pogodzona z losem młoda kobieta, oczekuje ostatniego stadium swojego bytu. Każda śmierć jest swego rodzaju końcem świata. Kobieta usycha z wolna na oczach swojej przyjaciółki będącej… androidem. Tematyka relacji człowieka ze sztuczną inteligencją cieszy się w świecie kina coraz większą popularnością. Sayonara porusza się jednak po zupełnie innych płaszczyznach niż jej koleżanki adresowane do szerszej publiczności. Jest znacznie bardziej subtelna od momentami przejaskrawionej Her i nie wieje z niej absolutna, intelektualna pustka jak choćby z niejakiej Ex Machiny.


 

kaili bluesss

Kaili Blues. Gan Bi. Chiny (2015)

W owianych mgłą małomiasteczkowych obszarach stagnacji, samotny lekarz poszukuje swojego porzuconego bratanka. Historia ta specjalnie nie porusza i najpewniej poruszać nie miała zamiaru. Główna nić fabularna bowiem, urywa się tu z biegiem czasu, a Gan Bi skupia się na ospałym portretowaniu zawieszonej w czasoprzestrzeni ludności chińskiej prowincji. Strona stricte techniczna zasługuje na uwagę, jeśli nie na gromkie brawa. Kilkunastominutowe mastershoty zachwycają, a użycie potwornie silnej stabilizacji obrazu w scenach kręconych z ręki i w ruchu – co mogłoby się wydawać zabiegiem przesadzonym – dodaje jeszcze więcej magii tej sączącej się z wolna poezji obrazu. Kaili Blues brodzi więc poniekąd w sadzawce slow cinema, ale długie, senne kadry to tylko drobna część tego, co w rzeczywistości ma do zaoferowania.


TU – Z dala od Hollywood. Mgliste powidoki American Film Festival 2015.
TU – INNY festiwal filmowy. Kamera Akcja. Łódź. Polska.
TU – Facebook, zapraszam.