Z dala od Hollywood. Mgliste powidoki American Film Festival 2015.

american film festKilka dni temu zakończyła się szósta edycja American Film Festival we Wrocławiu. Z roku na rok przybywam do mojego rodzinnego miasta z coraz mniejszym entuzjazmem.

Nie to, żeby AFF z jakichś względów spadało boleśnie w polskich rankingach festiwalowych. Wręcz przeciwnie, wydarzenie rośnie w siłę wprost proporcjonalnie do ilości jego uczestników. Pamiętam czasy z ośmioma widzami na sali. To jest fakt, ale i odległa przeszłość. A więc zamierzam rozwodzić się jedynie nad repertuarem, który nie dorasta niestety do pięt tożsamościowo wyrazistym Nowym Horyzontom. Trudno oczywiście stawiać znak nierówności pomiędzy tak odległymi biegunami spojrzenia na kinową materię, więc ja postanowiłem ów znak postawić. Bo – obrzydliwie generalizując – okazuje się, że nawet niezależne kino amerykańskie ma w sobie dozę sztampy i zbyt często wpada w koleiny holywoodzkiego parowozu, by faktycznie chrzcić je mianem niezależnego. Coraz częściej odnosi się wrażenie, że autonomia owa ma swój wyraz jedynie w sferach związanych z finansowaniem lub realizacją autorskich projektów. W mniejszym stopniu zaś tyczy się wyzwolenia stricte artystycznego.

Jestem filmowym faszystą.

Ameryki nie odkryję. Naprawdę, więcej kinowej wirtuozerii w gorzkich, europejskich dłużyznach niż w dziełach choćby Eastwooda – maestro taniego patosu, namiętnie fetyszyzującego szeroko pojęte sprawy honoru i wyższego dobra, przeważnie ozdabiającego całość Gwiaździstym Sztandarem chwały. Ale jaki popyt, taka podaż. Ameryka (ściślej rzecz ujmując, USA) już dawno stała się Syjonem europejskiej kultury masowej i jej wyznawców. Prezentowana w trakcie AFF, obszerna retrospektywa niepokornego cowboya Clinta (który niegdyś z własnej, nieprzymuszonej woli poświęcił życie, by dyskryminowany, azjatycki imigrant z sąsiedztwa, mógł jeździć jego Gran Torino. Wow.) była jedną z przyczyn mojej huśtawki nastrojów przed wyjazdem do Polski. Jak miało się okazać, czekał mnie cały plac zabaw.

Mimo wątpliwości co do prywatnego algorytmu przemieszczania się z jednej do drugiej sali projekcyjnej (znacie to z autopsji, wybór pomiędzy złem a złem mniejszym), pierwszego dnia festiwalu postanowiłem przyjrzeć się filmom ze znakiem jakości Festival Favorites, by już dnia następnego, z objawami awersyjnej wysypki, odpiąć się od tej szarlatańskiej kategorii. I chciałbym powiedzieć, że jestem w stanie zrozumieć tłumy widzów wyczekujących na festiwalowe hajlajty, że tak przytnę amerykanizmem, ale zwyczajnie bym skłamał. Z jakiegoś powodu, rzesze ludzi przyciąga ta nieokiełznana… przewidywalność i parafrazując myśl Zdzisława Maklakiewicza w „Rejsie”:

Podobają im się melodie, które już raz słyszeli.

No i zjedzcie mnie wszyscy za krytykę masowych gustów, a ja obity Waszą pogardą i tak permanentnie będę głosił ze swej skromnej ambony, że nie ma nic gorszego niż ta sama owsianka co ranek. Choćby i ze zmienną dawką cukru. Zdając sobie sprawę, że złe dobrego początki (albo odwrotnie), wycelowałem w pozycje z pozostałych półek festiwalu. Nie twierdzę, że z wyższych. Z pozostałych. Mieliśmy tu więc sporo sprawnie zrealizowanych dokumentów, w większości których treść niosła ratunek wyświechtanym formom. Pojawiły się nieoczywiste komedie i w końcu, kilka intrygujących obrazów z przypiętym dumnie do piersi, alarmującym kotylionem kategorii: On The Edge. Rzecz w rodzaju: Uwaga! Zły Pies. Nie przesadzałbym jednak ze zbyt dosłownym odbiorem tych ostrzeżeń. I niech wybrzmi mój mentorski ton. Bo wiecie. Jaki Festival taka Edge.

Tegoroczną edycję AFF zakończyłem z bilansem 22 obejrzanych filmów, a mgliste powidoki stawiają pod znakiem zapytania moją przyszłą repatriację festiwalową. Zmierzam już do meritum, czyli krótkich recenzji i rekomendacji, jednak nie o wszystkich dziełach postanowiłem wspomnieć. Jako filmowy faszysta z zapędami autorytarnymi, dla dobra narodu nie pisnę słówkiem o pozycjach, które nie niosą ze sobą żadnych znaczących wartości, ale i nie posiadają choćby znamion edukacyjnego modelu, podręcznikowego przykładu na to, jak filmów nie kręcić. Słowem – festiwalowych przeciętniakach. Dla Was. Dla rozkwitu kultury. Ku chwale ojczyzny.

Opisy filmów w linkach pod zielonym. Jeśli Wam ich brakuje. Klikajcie.


dope filmDope. Rick Famuyiwa (2015). Rap i hip hop lat ’90 ubiegłego wieku. Liczne nawiązania do kultury afroamerykańskiej czy ligi NBA. Moda i miejski slang sprzed dekad. Jeśli ktoś choć raz zanurzył się w tej rzece, z przyjemnością wejdzie do niej ponownie. Nie wiem co w tej materii ma do powiedzenia Spike Lee. Niestety, jeśli z proponowanej przez Famuyiwę opowieści zerwać złoty łańcuch i połyskujące sygnety, okaże się, że nie wiele pozostaje. Historia czarnoskórego chłopca, pakującego się w tarapaty, pierwsze seksualne doświadczenia i gangsterskie porachunki została poprowadzona w niezmiernie konwencjonalny sposób. Morały o nierównościach społecznych i krzywdzących stereotypach zakrawają na truizm. Dzieło lekkostrawne z dawką ciepłego humoru. W przypadku „Dope” jakość opakowania rekompensuje mniej wyrazisty produkt. „Dope” został uznany najlepszym filmem tegorocznej edycji American Film Festival. Nie śmiem tego komentować. Vox populi, vox Dei.


earl ja i umierajaca dziewczynaEarl i ja, i umierająca dziewczyna. Alfonso Gomez-Rejon (2015). Jeśli dzieło Gomeza-Rejona jest dydaktycznym wywodem skierowanym do zobojętniałej, nastoletniej widowni, to nie wiele można mu zarzucić. Ja jednak zarzucę. Niestety, oswajanie widza ze śmiercią trąci infantylizmem, a egzystencjalne refleksje i wnioski wysnuwane przez bohaterów ogranego schematycznie komedio-dramatu orbitują wokół poziomu gimanazjalno-licealnego wypracowania na ocenę dostateczną. Ostatecznie nawet przyzwoicie skonstruowana warstwa humorystyczna (dowcipkowanie z Wernera Herzoga i Klausa Kinskiego – pierwsza klasa) klęka pod naporem mdlącej melancholii.


rozrywka film Rick AlversonRozrywka. Rick Alverson (2015). Mimo swojej nurzącej formy i powolnego narracyjnego rytmu „Rozrywka” daje swoistego kopa emocjonalnego. Nie chwyta za gardło pompatycznym uściskiem. Jest przejmująca gorycz. Jest ludzka marność. Jest przeraźliwa monotonia ukazana przy pomocy – uwaga – monotonii. W filmie Alversona istnienie jest jedynie nieśmiesznym żartem pomiędzy wejściem i rychłym zejściem ze sceny. Arthur Schopenhauer uśmiecha się szelmowsko z grobu. Hegel pała. To zdecydowanie jedna z najbardziej nowohoryzontowych pozycji tegorocznego American Film Festival. Złapała mnie za kostkę. Gorąco polecam, zanim umrzecie.


mistress americaMistress America. Noah Baumbach (2015). Humor to zdecydowanie najmocniejsza strona Mistress America. Rola Grety Gerwig niewątpliwie zapada w pamięć. Atutem filmu zdaje się być również przyzwoicie poprowadzona narracja. Ale! W przypadku opowieści opartej na kilku, wielokrotnie już w kinie głównego nurtu powielanych kliszach, nie trudno jest pociągnąć linię prostą od punktu do punktu. Niestety, półtoragodzinna obserwacja losów dwóch kobiet kamuflujących lub niezdających sobie sprawy z własnej, życiowej nieporadności i otępienia, najzwyczajniej w świecie może widza zmęczyć. W najlepszym wypadku uleczyć z kompleksów.


ned rifleNed Rifle. Hal Hartley (2015). Udana kontynuacja Hartleyowskiej sagi dramatów, zapoczątkowanej filmami „Henry Fool” i „Fay Grim”. Hartley w specyficzny dla siebie sposób ponownie prowadzi ekscentrycznych bohaterów w wir komplikacji. Manieryczne dialogi, choć przejawiające erudycję ich autora i zakrapiane inteligentnym dowcipem, utrudniają zagłębienie się w psychikę postaci. Na twarzach malują się emocje niewspółmierne do wagi rozgrywanych wydarzeń. W związku z powyższym, tragizm w filmach amerykanina trudno brać na poważnie. Taka konwencja. Hartleya kochają lub nienawidzą. Ja wciąż badam nasz związek.


zabierz mnie nad rzekęZabierz mnie nad rzekę. Matt Sobel (2015). Temat zaściankowych filozofii życiowych, braku wyrozumiałości dla zróżnicowanej przecież ludzkiej natury i seksualności, ugryziony od interesującej strony. Przez większość seansu odczuwamy niepewność co do prawdziwych intencji bohaterów i antybohaterów, celu oraz finalnego wyniku rozgrywanej gry. Choć dziecięca naiwność charakterów woła o pomstę do nieba. Niebanalnie poprowadzona narracja jest prawdopodobnie największym atutem filmu Matta Sobela, debiutującego w roli reżysera. Jak widać, można przepięknie opowiedzieć nieciekawą historię. Gdy wraz z rozwojem fabuły, będąca kością niezgody prawda wychodzi na jaw, okazuje się, że cała konstrukcja wali się z powodu lichych fundamentów, na których ją oparto. A może w tym tkwi sedno poruszonego w „Zabierz mnie nad rzekę” problemu?


chronic opiekun filmOpiekun. Michel Franco (2015). W twórczości Franco najbardziej podniecający zdaje się być fakt, iż reżyser ma zaledwie 36 wiosen i wiele lat przed sobą na kolejne intrygujące dzieła filmowe. W znanym sobie stylu, bezkompromisowo odrzucając społeczne tabu i konwencje ornamentacyjne, z wolna szkicuje historię oddanego umierającym klientom pielęgniarza domowego. Bohater grany prze rewelacyjnego Tima Rotha – zdawałoby się, bardziej ludzki od ludzi – nie działa jednak bezinteresownie. Bo czy absolutny altruizm w ogóle istnieje? Lejtmotyw historii oscyluje pomiędzy alterocentryczną ideą dobra a ukojeniem własnych życiowych bolączek i walką z demonami przeszłości. Niejednoznaczne zakończenie pozostawia widza z głębszą, egzystencjalną refleksją i długo nie pozwala o sobie zapomnieć. Bardzo, bardzo mocne kino. I jako filmowy masochista, pragnę więcej ciosów od Michela Franco.


mandarynka filmMandarynka. Sean Baker (2015). Produkcja braci Duplass. Będzie surowo i niekonwencjonalnie – pomyślałem. I nie myliłem się. Historia transseksualistów zostaje opowiedziana bez gładzenia po włoskach i nadmiernej kurtuazji. Sprzedają swoje ciała, klną i ćpają, ale nie mamy tu do czynienia ze sztampową formą dramatu o próbie odnalezienia właściwej, życiowej ścieżki czy z komunałem o zmywaniu z siebie grzechów. Powoli wtapiamy się w przedstawiony przez Bakera świat, zaczyna nas intrygować, szczerze rozbawiać i delikatnie grać naszymi emocjami. Konkluzja jest oczywista, choć dość zgrabnie zakamuflowana humorystycznym płaszczykiem i świetnie poprowadzoną fabułą.


Larry Kramer kocha i nienawidziLarry Kramer kocha i nienawidzi. Jean Carlomusto (2015). Dokumentalny portret charyzmatycznego pisarza i aktywisty środowisk homoseksualnych, który mimo swojej przynależności do dyskryminowanej mniejszości seksualnej w USA, nie wahał się krytykować obydwu stron konfliktu, trzeźwym okiem obserwując społeczne przemiany. Ameryka lat 80. Epidemia AIDS zbiera swoje żniwo, siejąc śmierć i postrach wśród społeczeństwa. Choroba początkowo błędnie klasyfikowana i chrzczona mianem „gejowskiego raka” dorzuca do pieca antagonizmów i rosnącej w siłę homofobii. Larry Kramer nie milczy. Oskrażenia wobec lekceważącego problem rządu amerykańskiego i nawoływanie do zmiany stylu życia środowisk LGBT wyrażane za pomocą protestów, wyrazistych przemówień i owianej złą sławą książki „Faggots”, bezsprzecznie zmieniły bieg historii tego świata. A pomyśleć, że autorytetami dzisiejszych generacji są kapłani kapitalizmu, pokroju Steve’a Jobsa.


królewski szlak film olsonKrólewski szlak. Jenni Olson (2015). Przy pomocy sentymentalnego eseju filmowego, Olson rozlicza się z własnymi słabościami, ale i historią Stanów Zjednoczonych. Rozprawia nad ognistym pożądaniem, miłością i obłudą w kontekście historii kolonialnej. Czyni to nienachalnie, bez nadęcia czy gniewu, rozścielając swój strumień świadomości wzdłuż El Camino Real, królewskiego szlaku łączącego dwa kalifornijskie miasta. Los angeles i San Francisco. Kino skromne i niebywale osobiste, stanowiące wgląd we wnętrze autorki.


serce psa film anderson

Serce psa. Laurie Anderson (2015). Kolejny, po „Królewskim Szlaku” Jenni Olson, filmowy esej dotykający jednak zupełnie innej sfery życia, a mianowicie jego ostatniego stadium – śmierci. Opowieść pozornie dokumentująca żywot ukochanego psa Laurie Anderson jest poetyckim traktatem o odchodzeniu w ogóle, strachu i ostatecznie, połowicznej akceptacji śmiertelności wszystkich istot żywych. Różnorodne formy wizualnej ekspresji (film, statyczna fotografia, animacja poklatkowa, rysunek), wyciągając kurek w jaźni, pozwalają Anderson wlać w nasze głowy swoją ciepłą, acz nie pozbawioną goryczy opowieść. Całość zwieńczona pieśnią wieloletniego partnera autorki, Lou Reeda, pozostawia nas w nastroju delikatnie melancholijnym. Jak w przypadku wymienionego wyżej „Królewskiego szlaku”, tu również mamy do czynienia z kinem niezmiernie osobistym, ściśle związanym z wydarzeniami z życia prywatnego reżyserki. Bez choćby nikłej znajomości nietuzinkowej postaci jaką jest przedstawicielka amerykańskiej awangardy, „Serce psa” traci odrobinę na sile przekazu. Zachęcam zatem potencjalnych widzów do uprzedniego nadrobienia zaległości.


zasłużona kara jon jost filmZasłużona kara. Jon Jost (2015). Najnowsze dzieło eksperymentatora Jona Josta nie przypadnie do gustu przeciętnemu zjadaczowi chleba. Nic dziwnego. „Zasłużona kara” burzy znane nam kinowe konstrukcje. Porzucając fabułę i zwyczajowy rozwój wydarzeń, stawia na surowy zapis rozmów pomiędzy pozbawionymi wyrazu mieszkańcami amerykańskiej prowincji. Nieskomplikowanym językiem krążą oni wokół dziwnych wydarzeń w Missouri. W swoich mieszkaniach i barach dumają nad ich przyczyną. Interesująca forma i niestety nie wiele ponad to.


MA film celia rowlson-hallMA. Celia Rowlson-Hall (2015). Absorbujący debiut amerykańskiej reżyserki Celi Rowlson-Hall, obrazujący pielgrzymkę młodej matki i jej syna do Las Vegas. Informacja o tym, że przedstawione postacie mają przywodzić na myśl Maryję i małego Jezuska zdaje się być zbędnym frazesem. Wystarczy rzucić okiem na wybrane kadry. Zestawienie postmodernistycznych form ze świętościami w „MA” jest mniej więcej tak samo obrazoburcze jak krzyże wytatuowane na naszych ciałach. O nienawistników jednak nie trudno. Przyjemna, kinowa herezja, zwiastująca reżyserski potencjał amerykanki. Warto wyczekiwać jej kolejnych objawień.


znalezione nie kradzione filmZnalezione, nie kradzione. Bryan Carberry, J. Clay Tweel (2015). Ten kuriozalny dokument odsłania prawdziwe oblicze znacznej części klasy średniej w USA. Przedstawione w nim wydarzenia obrazują pragnienia społeczeństw śniących od dekad, ten sam amerykański sen. I pomyśleć, że cała symfonia zaburzeń wartościowania została tu rozpisana na dwóch mężczyzn i jedną amputowaną kończynę. Kość niezgody pomiędzy patologicznym sentymentalizmem i szczurzym pędem za życiowym triumfem i sławą. Niesamowita rzecz. Aż trudno uwierzyć, że zdarzyła się naprawdę.


american film fest mgliste powidoki

Jednej mnie rzeczy nauczyło tegoroczne AFF, reklamowane zmyślnym hasłem Wszystkie Stany Kina. A mianowicie, by większość tych stanów obchodzić szerokim, indiańskim łukiem. Nie jest oczywiście winą festiwalu, że nie trafia w gusta zgorzkniałego tetryka. Tetryk ten obejrzał jednak o te kilka filmów za dużo, by dziś raz kolejny, bezkrytycznie przyglądać się powielanym od dekad schematom. Zbyt wielu twórców bierze dosłownie „Zagraj to jeszcze raz, Sam” Woody’ego Allena. Zdawałoby się, włącznie z Allenem. Nie, Sam. Nie graj tego jeszcze raz. Zagraj to inaczej.

twitt


TU – Inny festiwal filmowy. Kamera Akcja. Łódź. Polska.
TU – Facebook, zapraszam.
TU – Twitter, zapraszam.