Moje wrażenia po seansie Idy

ida pawlikowskiNa plakatach połyskuje pięć gwiazdek. Pisali, że znakomita. Okrzyknęli arcydziełem. Zapewniali, że jest szansa na zyskowny eksport, na sukces za wielką wodą. Pomyślałem ojej, a potem, że niewiarygodne. Zupełnie szczerze! Choć zachwyty zawsze dzielę przez dwa, aby z nadmiernej ekscytacji zwyczajnie się nie zesikać. Nie śpieszno mi raczej podążać za globalną admiracją. Nie wynika to bynajmniej z mojej ignorancji, przewlekłego buntu młodzieńczego czy iluzji indywidualnego elitaryzmu. Mam dystans i trzymam gardę. Nie wiem, może to moja wada, że stąpam sobie osamotniony własną ścieżką, ale tak myślę, że w tłumie łatwiej się przewrócić. I nagle bam! Jest statuetka. Euforia. Święto narodowe. Mazurek Dąbrowskiego. W urzędach stanu cywilnego tysiące zgłoszeń o nadanie świeżo narodzonym Polakom imion Ida i Oskar. W sklepach brakło szampana. Barwy narodowe ozdobiły balkony. Honor przywrócony. Świat należy do nas.

Pawlikowski nowym Fellinim i Adamem Małyszem.

Jest cud, rozpoczął się więc proces beatyfikacji – pomyślałem – i to już za życia. Przyznaję, z rzadka oglądam oscarowe produkcje, a jeśli już oglądam to zwykle ze sporym opóźnieniem. Lubię odczekać aż kurz opadnie, a rozpłomieniony świat ochłonie nieco i jakby zapomni. Kiedy własną świadomość uwolnię od prasowych peanów i lidów wysadzanych diamentami, wtedy wkraczam do akcji. Jak tu nie obejrzeć? W przypadku Idy argumentów za jest wszak bez liku. Przecież Nasze Polskie. Przecież uświęcone znakiem jakości USA. Amerykanie uznali, że super. Polska pęka z dumy. Kieślowski nie dostał, lamus. Holland nie dostała. Wajdzie dali na pocieszenie za całokształt, żeby już się więcej nie starał. I masz. W końcu jest. Pawlikowski. Wow! Ida rozłożyła na łopatki Lewiatana Zwiagincewa, Mandarynki, Timbuktu i Dzikie Historie. Wow – pomyślałem. Wow! – pomyślałem chwilę później, jeszcze bardziej po amerykańsku.

ida film pawlikowski 1

Coś musi być na rzeczy. Wypadałoby się zapoznać z dziełem, tak by na amen nie zerwać w sobie kodu kulturowego. Sprawdziłem wyniki ankiety Filmwebu. Prawie 80% biorących w niej udział użytkowników portalu twierdzi, że bez dwóch zdań Oscar® należy się Idzie. Wow. Rzecz jasna wypada głosować na najlepszych, a najlepsi zawsze są nasi. Dobrze jest produkt opakować w liczby i ja to kupuję. Kupuję także ambrozyjskie rekomendacje znajomych, choć jeśli czyimś gustom miałbym ufać bezgranicznie, to najpewniej własnym. Kupuję więc po raz trzeci, tym razem bilet na seans. Idę wyświetlają w amsterdamskim kinie dla uchodźców obcokrajowców. Na sali pięć osób. Sala mała. Miejsc może dwadzieścia. Czekamy na seans. Wchodzi jegomość, obraca płytę w palcach. Włącza projektor, wsuwa dysk do odtwarzacza DVD i wychodzi. Wraca. Ustawia napisy amerykańskie. Wow. Szepty milkną. Gaśnie światło. Zaczyna się. To będzie wieczór pełen wrażeń – pomyślałem. Napiszę później co myślę – pomyślałem. Napiszę o tych wrażeniach.

Bergman nie dostał, a naszemu dali.

(Dostał, dostał. Tak się tylko przekomarzam)

Półtorej godziny później byłem po seansie. Ściemniło się już, a noce w Holandii są chłodne. Zapiąłem płaszcz i wpatrzony w chodnik ruszyłem aleją jaśniejącą światłem migoczących latarni. Chwyciłem M. pod rękę i przyśpieszyliśmy nieco kroku, by się rozgrzać. Z jednej z bocznych uliczek wychylał się zalotnie kolorowy szyld restauracji Mała Afryka. Stwierdziliśmy, że czemu nie i po chwili byliśmy już w środku. Czarnoskóry kelner przywitał nas szerokim uśmiechem i wskazał wolny stolik. Zamówiłem etiopską kawę. M. wzięła piwo kokosowe. Ze ściany obserwował nas Nelson Mandela. Z głośników sączył się pulsujący afrobeat. Postanowiłem zacząć rozmowę.

ida film pawlikowski 2Rozmawialiśmy o Fenicjanach, o Historii brzydoty Umberto Eco i wystawie plakatów Starowiejskiego. O etiopskiej kawie i piwie kokosowym. O najnowszym Tsai Ming-liangu i czasopiśmie JEZUS!, a że z głośników umieszczonych pod sufitem Małej Afryki wydzierał się właśnie Fela Kuti, wspominaliśmy zeszłoroczny koncert Toniego Allena w amsterdamskim Bimhuis. Chwyciłem menu. Ceny były przystępne, a nazwy potraw kusiły swoją egzotyką. Większości z nich nie potrafię nawet powtórzyć. Zamówiliśmy więc w ciemno i oczekując na kolację, rozpoczęliśmy dyskusję na nowo. Rozmawialiśmy o Arabskiej Wiośnie, snując teorie i domysły, przewidując po części jej skutki. O zdobionym stole, przy którym siedzieliśmy i zakupie nowej kanapy do naszego mieszkania. M. chciałaby butelkową zieleń, ja zapytałem, jaki to kolor. M. wskazała mi butelkę po piwie kokosowym. Kiwnąłem głową. Człowiek uczy się całe życie. M. zapytała czy widziałem Apel Ryszarda Czekały. Ja, że owszem i co to ma wspólnego z butelkową zielenią. Ona na to, że nie wiele.

Wielki sukces polskiego kina

Dialog się urwał gdy kelner postawił przed nami ogromny, drewniany talerz pełen placków z manioku. Na plackach rozlokowano ryż i pięć sosów z dodatkiem mięsa lub warzyw. Trzy z nich były ostre. Dwa łagodne. Nie dostaliśmy sztućców. Rozejrzałem się badawczo po sali. Wszyscy jedli rękoma. Powrót do korzeni – pomyślałem. Podwinęliśmy rękawy i ochoczo rwaliśmy gorące placki, chwytając w nie wszystkie dodatki. Sosy były różnej konsystencji. Jeden był dość gęsty z kawałkami baraniny, bardzo ostry. Etiopska kawa łagodziła odrobinę jego intensywny smak. Inny znów sos był stosunkowo rzadki, na bazie czegoś w rodzaju śmietanowej pulpy oraz rozgotowanych batatów. Była też surówka z jabłek i marchewki oraz gotowana wołowina. M. nie przepada za mięsem. Ja wręcz przeciwnie. Kelner doniósł nam półmisek nigeryjskich klusek. Kluski były gorące. Nigdy nie jadłem czegoś tak dobrego. Polecam z całego serca.
ida film pawlikowski 3Zamówiłem jeszcze jedną kawę i kiedy wróciłem z łazienki, filiżanka stała już na stole. Wymieniliśmy kilka słów na temat nigeryjskich klusek. Obydwoje uznaliśmy je za smaczne. Nawet bardzo. Tak. Powiedziałbym, że wręcz wyborne. Sącząc kawę, wróciliśmy do naszej rozmowy. M. streściła mi pokrótce nową książkę Olgi Tokarczuk, a ja opowiedziałem jej historię, jak wspólnie z Igorem wygraliśmy kubek z Kuczokiem w konkursie Beki z literatury polskiej po 1989 roku. Kelner oznajmił, że kluski są z Kongo. Potem zeszło na Schopenhauera, egzystencjalizm, pesymizm i mizantropię. Zawsze na to schodzi. Ja bardzo sobie cenię moją mizantropię. M. jej nie pojmuje. Pół żartem, pół serio – doszliśmy do wspólnego wniosku, że mizantropia kończy się tam, gdzie zaczyna libido. A za chwilę, że człowiek obrzydliwy to pleonazm. Śmialiśmy się chwilę. Poprosiliśmy o rachunek, bo zbliżała się północ. Zapłaciliśmy i zostawiliśmy napiwek. Zawsze zostawiam napiwek. Może nie lubię ludzi, ale pieniędzy nie lubię jeszcze bardziej.

Ida najbardziej docenianym polskim filmem ostatniego ćwierćwiecza

Do domu wróciliśmy pierwszym nocnym tramwajem. Było zbyt głośno by prowadzić rozmowę, gdyż holenderska młodzież przeważnie podróżuje bardzo radośnie w piątkowe wieczory. Przed drzwiami wejściowymi odczuwałem niepokój, ale znalazłem klucze do mieszkania zanim zdążyłem oznajmić, że zostawiłem je w Małej Afryce. Weszliśmy na górę. Zdjęliśmy buty. Zagotowałem wodę na herbatę. Wciąż mam jeszcze Turecki czaj z orgazmem w nazwie. To pic, ale smakuje wybornie. Pół godziny później leżeliśmy już pod kołdrą. Nie kochaliśmy się tej nocy. Szczerze powiedziawszy bolały nas brzuchy. Spałem jak niemowlę. Nic mi się nie śniło. Rzadko śnię, a przynajmniej nie pamiętam o tym po przebudzeniu.
ida film pawlikowski 4Rano wstałem jak co dzień. Zaparzyłem kawę i przejrzałem najświeższy Magazyn Szum. Przeczytałem dwa felietony o sztuce i rzecz o ekonomii bezcelowości. Interesujące. Otworzyłem laptopa. Jakieś powiadomienia. Maile z festiwalowymi newsletterami. Mama pyta kiedy przyjadę do Polski. Krzysiek podsyła link. Otwieram. Patrzę. Czytam. Ida! Takiego filmu jeszcze nie było! A tak, widziałem wczoraj – pomyślałem. Założyłem buty, przeczesałem włosy ręką, odpaliłem papierosa i wyszedłem do pracy.


TU – Animacja zaangażowana. Kapitalizm be, korporacja fuj.
TU – 9 pseudoartystycznych gniotów, których prawdopodobnie nie obejrzysz w polskim kinie.
TU – Facebook, zapraszam.