Jak kupiłem Jezusa za 7.50 i przywiozłem go do Polski.

jezus love

Uwaga!!!

Jeśli JEZUS! obraża Twoje uczucia religijne, zalecam wizytę u dermatologa. Musisz mieć nadzwyczajnie cienką skórę.

Niniejszy tekst traktuje o holenderskim czasopiśmie kulturalnym JEZUS!. Ten natomiast traktuje o Synu Bożym. Tekst zawiera polemikę autora, cytaty z Gandhiego, Cezarego Gmyza, Jana Turnau oraz nawiązania do esejów Felipe Fernandeza-Armesto.

Kiedy po raz pierwszy ujrzałem JEZUSA!

Zaniemówiłem, a odrętwiałe kończyny dolne odmówiły mi posłuszeństwa, jak gdyby nienamacalna siła sprawcza nakazała mi paść w klęczki przed Mesjaszem. Oblicze emanujące życzliwością i dobrem w czystej postaci, obserwowało każdy mój ruch w lotniskowym markecie, przy dziale z prasą. Stał tam, mocno kontrastując, pomiędzy nierządnicami babilońskimi z okładek holenderskich brukowców a piłkarskimi bożkami, zastygłymi w geście zwycięstwa lub z niemym wulgaryzmem pod wąsem. Po lewej magazyn muzyczny z Madonną na okładce (Madonną!), periodyki kobiece i męskie, kulinaria, komputery, Forbes i De Telegraaf. Po prawej piec z hot-dogami oraz misternie skonstruowana piramida czerwonych puszek, których zawartości nie sposób dziś zamienić w wodę, a co dopiero w wino. Kupiłem JEZUSA! za 7.50. Nie mogłem się oprzeć pokusie. Magnetyzująca okładka tegoż misterium mogła kryć pod sobą wielowymiarowe treści, a ja zapragnąłem zgłębić ich genezę i cel, dla którego powstały. Stricte religijna fanaberia? Prawicowa propaganda? Lewicowe bombardowanie świętości? Postmodernistyczny dowcip? A może pospolity trolling w wersji analogowej? Obróciłem gazetę w dłoniach. Czytam.

Muzyka. Moda. Przebaczenie. Gotowanie. Tatuaże.

A więc herezja. Otwieram spis treści. Spoglądam na prolog. Kartkuję. Kim jest Jezus dzisiaj i kim byłby gdyby żył? Jakiej muzyki słuchałby Syn Boży? Jakie potrawy spożywał? Czy Jezus byłbym hipisem? Jezus a seks. Jezus a homoseksualizm. Jezus a Maria Magdalena (A Love Story). Jezus a kobiety za amboną. Jezus a gender. Jezus a popkultura. Jezus a feminizm. Jezus a Conchita Wurst…

2

6

Herezja! Już samo osadzenie pewnych świętości w konwencjach znanych nam z kolorowych czasopism lifestile’owych, może wołać o pomstę do nieba. Oliwy do ognia dolewa natomiast studium objawień pańskich (zoekt en gij zult vinden (hol.) szukajcie, a znajdziecie) oraz rozkładówka ze sztampowymi, internetowymi memami, popkulturowym fotomontażem Ostatniej Wieczerzy. Katalog z chrystusowymi gadżetami, popielniczką z bożym wizerunkiem, klapkami głoszącymi dobrą nowinę, pozostawiając w plażowym piasku wygniecione: JESUS LOVES YOU. Fotografie, przedstawiające biblijnych bohaterów po wyjściu z nowożytnej garderoby Armii Zbawienia. Plansza wzorowana na niegdysiejszym Gdzie Jest Wally? umożliwiająca zabawę w odszukanie Jezusa ukrytego w czeredzie rodzaju ludzkiego (nie znalazłem – czy to już ateistyczne bluźnierstwo, czy tylko nawiązanie do panteizmu?). Definicja hashtagu #Godmoment. Religijne komiksy. Reklama obuwia, wprost nawiązująca do liturgicznego obmywania stóp.

Toster zamieniający Twoje pogańskie grzanki w całun turyński.

Ale to naprawdę nie wszystko. Redaktorem naczelnym epizodycznego wydania pisma JEZUS! jest niejaki Arthur Japin. Pisarz, scenarzysta, eseista, ateista. Homoseksualista. Żyje z dwoma partnerami i nie biją ich na ulicach, choć część naszego rozgniewanego plemienia zapewne spaliłaby ich na stosie i zjadła w rytualnym twiście. Japin, w prologu pozostawia sprostowanie, tłumacząc, że gazeta ta nie powstaje dla hecy i nie jest wyłącznie tanią prowokacją. Choć przeglądając, niepozbawionego humorystycznego kolorytu JEZUSA!, zestawiającego religijne archaizmy ze współczesnością, nie mogłem się oprzeć wrażeniu, że mam do czynienia z podstępem trickstera o szelmowskim uśmiechu. Przykład? Czy to wyłącznie moje bałwochwalstwo świeckości, każe mi myśleć, gdy przeglądam magazyn ułożony na kolanach, iż banan objawienia (fotografia powyżej) został umieszczony w tym, a nie innym miejscu, nie bez przyczyny? Czy to jednak niezamierzona koincydencja sacrum i obrzydliwego profanum, gdyż nieznane są ścieżki Pana? A mimo tych podejrzanych, graficznych niejasności, zjawiskowy magazyn pod redakcją Japina stawia istotne pytania i próbuje na nie odpowiedzieć. A przede wszystkim, odbrązawia zbawiciela z dwoma tysiącami lat na karku, przedstawiając go agnostykom i wiernym, laikom i ignorantom, młodzieży i starszyźnie w nietradycyjnym, przystępnym świetle, które jakby szepcze do nas swoimi anielskimi luksami: Każdy ma takiego Boga, jakiego sobie narysuje.

jesus hate

Jako apostata i ateista, ale za to przyjaciel teologii, mimowolnie chowany w zagrodzie chrześcijańskiej Europy, karmiony owocami katolickich tradycji, daję się o głowę skrócić jak niejaki Jan Chrzciciel, że wydawnictwo zatytułowane JEZUS! wzbudziłoby nie małe kontrowersje na Tej Ziemi, podtrzymując żar w palenisku polskich antagonizmów społecznych. W mediach zawrzałoby i z lewej i z prawej, a pod salonami prasowymi prawdopodobnie zapłonęłyby krzyże. Możemy oczywiście wysnuwać odmienne teorie i to w nieskończoność. Wszakoż Polska to kraj, w którym się głośno krzyczy na Małą książkę o kupie, ale już książka o gównie przechodzi jakby niezauważona. Jasne, że JEZUSA! nabyłem w Holandii, koszmarze polskich konserwatystów, państwie po stokroć bardziej liberalnym od tych, co u nas o polityce liberalnej lubią dużo i ładnie opowiadać. Jasne, że tutejsze realia sprzyjają inicjatywom, które w środkowej Europie i dalej na wschód, zakrawałyby o herezję. Nie bez powodu mitologizuje się Amsterdam jako kolebkę dekadencji i moralnej degrengolady. Trzeba jednak zaznaczyć, że przyczynkiem do powstania JEZUSA! nie jest nadmierna, nietłumiona swoboda obywatelska, a otwartość umysłów i mnogość wyborów. I to nie tylko w sferze wyznaniowej i zróżnicowanych opcjach na scenie politycznej, ale wyborów w ogóle. Życiowych, kulturowych, dotyczących tożsamości seksualnej i etnicznej. I jeśli Bóg naprawdę jest miłością, to musi mieszkać w Holandii.

9

11

W dobie stąpającej ociężale, globalnej sekularyzacji, wychodzenie instytucji kościelnych na przeciw oczekiwaniom wiernych i potencjalnych neofitów nie jest już wyłącznie epizodycznym trendem. Choć bywa, że działania takie ocierają się o śmieszność, to w przypadku JEZUSA! mamy do czynienia ze swego rodzaju sukcesem. Wniosek? O Jezusie powinni pisać jedynie ateiści? Błyszczący magazyn prawdopodobnie nie zaciągnie nikogo pomiędzy kościelne ławy, ale w sposób nienachalny i nietuzinkowy przypomina nam o najbardziej wpływowym człowieku tego świata i rozpiętości owych wpływów w obrębie kultury nowożytnej. Tak! Ja wiem, że nie możecie przeżyć wspomnianego wyżej banana, ale JEZUS! to nie tylko frywolne, dwuznaczne obrazki. To także cała masa interesujących treści wartościowych merytorycznie, okraszonych znacznie bardziej wyszukanym humorem. Tylko czy ów inteligentny dowcip oraz kaskady kreatywności jego twórców, nie są jedynie kolorowym płaszczykiem przykrywającym prawdziwe, prawdziwe, PRAWDZIWE intencje redaktora naczelnego i jego świty?

Piłat ubiera się u Versace

Felipe Fernandez-Armesto, w swojej książce-eseju na temat rozwoju i upadku teizmu i światowych wierzeń (wydanej w Polsce pod tytułem RELIGIE, w roku 1998, przez Pruszyński i S-ka. w serii Prognozy XXI wieku) wspomina o sinusoidalnym postrzeganiu postaci Jezusa jako absolutu, a kiedy jego nieosiągalna dla śmiertelnika boskość oddala się od człowieczej marności, jako apostoła miłości o ludzkiej twarzy. JEZUS! ma ową ludzką twarz i mimo, że nie wyszedł z pod ręki Kościoła jako takiego, to goni za duchem czasu miast za Duchem Świętym. Liberalizacja, ot co. Tym samym może się jawić papieska obecność w odmętach social media i ewangelia głoszona poprzez Twittera, będącego przecież (jako wynik światowego postępu naukowego i ogólnego wzrostu dobrobytu) dziełem Szatana lub przynajmniej Mammona.

3

7Według autora RELIGII, postępowość w sferach sakralnych to jednak gwóźdź do trumny przodujących doktryn, a przynajmniej strategia skutkująca utratą wiarygodności. Każda miłość (do matki, do ojczyzny, do Boga) jest swego rodzaju słodką niewolą i kiedy w ramach modernizacji, umocnienia społecznego zaufania i własnej atrakcyjności, religia rozkuwa wiernym swoiste kajdany i otwiera przed nimi furtkę, trudno liczyć na to, że w podzięce za większą swobodę, nie postanowią oni przez ową furtkę przejść, by nigdy nie wrócić. Ale przecież JEZUS! powstał z woli świeckiej. Bez najmniejszego udziału duchowieństwa. Postanowiłem więc zagadnąć środowisko związane z chrześcijaństwem serca Europy, a przynajmniej ludzi, których życzliwość wobec naczelnej religii w Polsce jest niepodważalna. Przygotowałem wiadomość, zawierającą część zamieszczonych tu fotografii, opis przybliżający meritum problemu i prośbę o wyrażenie opinii. Wiadomość ta została wysłana, między innymi, do profesora filozofii i teologa – Tadeusza Bartosia; dziennikarza Do Rzeczy, świeckiego delegata Synodu Kościoła Ewangelicko-Augsburskiego – Cezarego Gmyza; publicysty i prawnika, konserwatywnego liberała – Stanisława Michalkiewicza; historyka kościoła, działacza społecznego Ks. Tadeusza Isakowicza-Zaleskiego; filozofa i polityka, profesora nauk humanistycznych – Ryszarda Legutki oraz do publicysty katolickiego i pisarza, zwolennika ekumenii – Jana Turnau.

5

Nie każdy znalazł czas i chęci, by zająć stanowisko w sprawie boskiego czasopisma. To zrozumiałe. Precyzując, podziękowania należą się Panom: Cezaremu Gmyzowi i Janowi Turnau. Oczywiście, by wydać sąd ocierający się o obiektywizm należałby spytać o zdanie cały naród polski. Jak jednak doskonale wiemy, Polacy nie przepadają za referendum.

Jezus jest odpowiedzią. Ale jakie jest pytanie?

  1. Czy JEZUS! i podobne mu inicjatywy szkodzą kościołowi, ośmieszając świętości, czy wręcz przeciwnie, służą w utrzymaniu wiernych i przyciągają potencjalnych neofitów swoją świeżością i współczesnymi konwencjami?
  2. Czy fakt, że redaktorem naczelnym pisma jest Arthur Japin, zdeklarowany ateista, każe nam sobie zadać pytanie o jego prawdziwe intencje?
  3. Czy pojawienie się JEZUSA! na półkach polskich salonów prasowych, mogłoby wywołać społeczną debatę na temat polemicznej zasadności istnienia tego wydawnictwa? Słowem: Czy to by u nas przeszło?

Cezary Gmyz: Chrześcijaństwo jest religią miłości, której w eschatologicznej perspektywie nie zaszkodzi nic. Owszem bluźnierstwa szkodzą, ale nie tyle wyznaniu, co raczej jego wyznawcom. Oczywistym jest, że celem redaktora naczelnego było wykpienie chrześcijaństwa. Jednak forma w jakiej to robi mnie osobiście nie razi. Jest znacznie inteligentniejsza i bardziej udana artystycznie niż wyczyny rysowników z Charlie Hebdo. Bliższa raczej wybrykom Monty Pythona, które mnie niezmiernie bawią, bo z zasady chrześcijanin nie powinien być smutasem. Czy to by u nas przeszło? Nie tylko by przeszło, ale i przechodzi. Poziom „Nie” Urbana czy „Faktów i mitów” wydaje mi się, zarówno artystycznie jak i merytorycznie, orbitujący w okolicach dna.

Jan Turnau: Co do mnie samego, nie gorszę się, ale i nie padam z zachwytu. JEZUS! zainteresuje na pewno niejednego. Czy kogoś przyciągnie do Kościoła – może taki ktoś się trafić. Czy zadziała wręcz przeciwnie – Bóg raczy wiedzieć. W Polsce zgorszyłby zdecydowanie niejednego, a personalia redaktora naczelnego, budzą podejrzenia co do intencji pisma. Być może, niesłusznie.

4

10

Ze względu na swoją, niespotykaną dotąd formę, nieoczywistą treść nie przyjmującą określonego stanowiska pro/anty, przepięknie wydany JEZUS! jawi się jako osobliwy miot sztuki post-przedmiotowej. Kusi zniewalającym blaskiem niczym owoc z drzewa poznania. Kolorowe czasopismo o Synu Bożym, zasługującym na swój prasowy ołtarz po stokroć bardziej od wyuzdanych celebrytów i pysznych gwiazd jednego sezonu (choćby ze względu na astronomicznie większą popularność od osób, Na Których Nazwiska Nie Chciałbym Się Pozycjonować W Wyszukiwarkach), wpisuje się w ramy konceptualizmu. Boskie czasopismo jako przedmiot autentyczny jest tu mało istotne, idea w tym przypadku zwycięża. Nie rozprawiając nad problemem w oparciu o definicje artyzmu, należy zapytać ponownie i jeszcze głośniej: Czy owa sztuka nie jest czasem, wyłącznie łebską sztuczką podyktowaną szeptem przez upadłego anioła, sykiem węża Edenu? Jakie są prawdziwe intencje jej stwórcy? A nawet jeśli owe intencje szczerze cyrkulowały wokół zbożnego celu, to czy nie minęły się ostatecznie ze swoim przeznaczeniem, przeciskając się przez drukarską prasę?

Gandhi: lubię waszego Chrystusa, ale nie lubię waszych chrześcijan

Być może, owa enigmatyczność, swoista ambiwalencja, jest kluczem do pojęcia zainteresowania śmiertelników boskim czasopismem. I to zarówno ludzi głębokiej wiary, agnostyków, jak i ateistów. Dowodem na ewidentną zjawiskowość JEZUSA! może być fakt, że holenderskie środowisko muzułmańskie jest zainteresowane wydaniem swojego MAHOMETA!. Tutejszy, medialny wiatr niesie przynajmniej takie plotki. Czy to znaczy, że bez szkody dla wiary, jakakolwiek ona by nie była, powinniśmy kreować nowoczesne wizerunki bogów przy pomocy dostępnych nam, ziemskich środków przekazu? Czy powstanie KRYSZNA!? Czy na półkach salonów prasowych pojawi się BUDDA!? I przede wszystkim, co będzie z SZATANEM!?

jezus tył

Kupiłem JEZUSA! za 7.50. Wsadziłem go w samolot i przywiozłem do Polski. Wszyscy moi znajomi związani w jakiś sposób ze sztuką, filmem, prasą i designem nie kryli zaintrygowania. Ateiści i geje. heterycy i heretycy. Lewi i prawi. Katolicy i protestanci. Ludzie kultury i barbarzyńcy. Anarchiści i lemingi. Artyści i widzowie. Bez wyjątku. Młode pokolenia łakną boskiego periodyku. I choć po chrześcijańsku, Jezusa powinni mieć w sercu, nie zaś w dłoni, na kolanach lub blatach biurek, to wybacz im Panie, gdyż nie wiedzą co czynią.

Amen.


TU – Krótka historia o tym, jak chciałem być dobrym obywatelem, ale mi nie wyszło.
TU – Romans sztuki z pornografią.
TU – facebook.