Syndrom odstawienia i kino, co robi kuku. Nowe Horyzonty 2015. Relacja progresywna. (część 3/3)

nowe horyzonty kinoPrawie dwa tygodnie po zakończeniu Nowych Horyzontów, wciąż borykam się z  syndromem odstawienia festiwalowego.

Żaden laptop tego świata, żadna ścienna plazma, nie dadzą Ci tego, co dać może 10 bitych dni w sali kinowej. I choć się zmęczysz potwornie nawałnicą niecodziennych obrazów i choć uwiera w plecach i sztywnieje w kolanach, to dzień, w którym otworzysz swe ślepia i szepniesz, że koniec, boli prawdopodobnie najbardziej. Wrocławskie święto kina nieoczywistego (i moją na nim obecność) śledzić można było w powszechnych kanałach społecznej ekshibicji myśli i obrazu. I mimo, że dawno już opróżniono szampana, z niemalejącym entuzjazmem przyjmuję interesantów.

obszary ekshibicji

 twitter /  facebook  /  instagram

Na łamach strony dystrybutora Gutek Film, jeszcze przed rozpoczęciem festiwalu, wraz z grupą Scope50, upychaliśmy niezdecydowanym Perłową 10 T-mobile Nowe Horyzonty 2015. Dziś lista ta wyglądałaby zapewne inaczej. Wiele zachwytów, kilka drobnych rozczarowań i potwory z szafy. Zapraszam więc, na kolejną dawkę mini recenzji z tegorocznej edycji NH.

To jest część 3. Zacznij od początku. CZĘŚĆ 1 lub od środka. CZĘŚĆ 2


HomarGiorgos Lanthimos (2015). Grecki reżyser otrzymał coś, co wielu nazwie szansą, inni darem niebios, ja nieuchronną koleją rzeczy. Po fenomenalnym Kle i nie dotrzymujących mu kroku Alpach, zakutych w kajdany bezprecedensowych, acz szybko powszedniejących kompozycji, przyszedł czas na odkupienie. Homar pierwsza klasa. Odkupienie się powiodło, ale spis nazwisk spozierających z listy płac co poniektórym wykole oko. Gwiazdorska obsada zza oceanu oznacza nie tylko możliwość dotarcia do szerszej publiki, ale i wymsknięcie się z drążonego pieczołowicie przez Lanthimosa, koryta kinowej tożsamości, wprost do rzeki głównych nurtów. I choć manewr ten udał się Grekowi równie dobrze co przygoda Emira Kusturicy z Deppem i Gallo (Arizona Dream), to z sentymentem spoglądać będę na te greckie anomalia, kiedy to aktorzy teatru Lanthimosa nie przywdziewali jeszcze rozpoznawalnych, hollywoodzkich masek. Nie zrozumcie mnie źle, nie chciałbym się tu nawet ocierać o kulturowy snobizm. Homar jest rewelacyjnie dobry i rewelacyjnie niekonwencjonalny, a mimo to ma szansę wgryźć się pomiędzy wesołe romanse a opowieści o nadludziach w zwiewnych pelerynach. Jego siłą jest w dużej mierze gałęzista konstrukcja i daję się w zwierze zamienić, że haczyk połkną i stali bywalce art-house’u i widz niedzielny, głodny kinowej ekstrawagancji.


gołąb przysiadł na gałęzi i rozmyśla o istnieniu

Gołąb przysiadł na gałęzi i rozmyśla o istnieniu. Roy Andersson (2014). Absolutnie rewelacyjne kino spod ręki szwedzkiego maestro, który w trzech absurdalnych aktach rozprawia się marnością gatunku ludzkiego. To w finezyjny sposób dopiekając homo sapiens za bierność, bezmyślność i ich niewyobrażalne skutki, to pieszczotliwie otulając delikatnym dowcipem człowieczą nieporadność i melancholię. Gołąb, jako klamra trylogii (Do Ciebie człowieku ; Pieśni z drugiego piętra), stawia kropkę nad i, nie pozostawiając złudzeń, a wręcz przekonując, że jesteśmy tylko karykaturą bogów, których sobie stworzyliśmy.


dystans caballero

Dystans. Sergio Caballero (2014). Po wyśmienitym debiucie (Finisterrae), Caballero zaczął powielać precyzyjnie wyhaftowany przez siebie ścieg i jak Giorgos Lanthimos po fenomenalnym Kynodontas, wyreżyserował swoje własne Alpy. Oznacza to mniej więcej tyle, że kura, co znosi złote jaja, może przeobrazić się w węża, który pożera własny ogon. Mimo tej drobnej, animistycznej obelgi, należy przyznać, iż malarze awangardy nowego, postmodernistycznego kina absurdu, pną się hen, na szczyty nonkonformistycznej szajby. Jest się bliżej filozofii Caballero, gdy wyrzec się fatalizmu i ślepej wiary w przeznaczenie, a sensy wszelkiego istnienia uznać za spreparowane przez tych, którzy są ich spragnieni. Drocząc się z Kubusiem Diderota, nic nie jest zapisane w górze i łatwiej rozmiłować się w tym podejrzanym, hiszpańskim indywiduum, zatrudniając się do grupy karłów telepatów, by wraz z nimi poszukać odrobiny dystansu.


wędrówka na zachód

Wędrówka na zachód. Ming-liang Tsai (2014). Kino kontemplacyjne. Jedno z najbardziej minimalistycznych obrazów w ramach tegorocznego festiwalu. Przez niespełna godzinę obserwujemy, nieśpiesznie poruszającego się ulicami Marsylii, buddyjskiego mnicha. Krok po kroku. Ruch za ruchem. Postać stanowiąca przeciwwagę dla popędzanych niewidzialnym biczem, uczestników cywilizacji pośpiechu. Cały film, składa się zaledwie z kilku skromnych kadrów. Kadry te mogą wskazać Ci drogę ku nowej, życiowej filozofii lub ku wyjściu z sali kinowej. Warto się przekonać, dokąd zaprowadzi Cię owa Wędrówka.


wieczny smutek

Wieczny smutek. Jorge Pérez Solano (2014). W najeżonej fallicznymi symbolami meksykańskiej pustelni, nielekki żywot wiodą kobiety. Pomiędzy wzniesionymi ku niebu kaktusami, a długimi, kwiecistymi kłosami, rozgrywają się ludzkie dramaty, jednej z płci. A więc ponownie, kulturowy i społeczny patriarchat, ignorancja i egocentryzm mężczyzn. W tym surowym przedpieklu, nawet para homoseksualistów, która (zdawałoby się) krzyż cięższy zmuszona jest nieść na swych barkach, ma się lepiej od pogrążonych w apatii rodzicielek następnych pokoleń stręczycieli. Kiedy nie ma ratunku, a na ucieczkę stracone już szanse, pozostaje wieczny smutek i topienie kwiatów w strumieniu. Przyjemne kino z nieprzyjemnych rewirów Meksyku. Przyjemne, mimo swej trudnej misji i bolesnej tematyki.


okruchy film

Okruchy. Miguel Llansó (2015). Ten film jest jak wizualizacja scenariusza powstałego w trakcie przeciętnej libacji alkoholowej ambitnych amatorów filmowania, wykarmionych mlekiem jędrnej piersi popkultury lat ’90. I to nic złego, ale i dobrego nie za wiele. Taka tam, mniej lub bardziej sztampowa historia etiopskiego Odyseusza czy wręcz Herkulesa z plastikowym mieczem wykutym przez szlachetnego Carrefoura. W post-apokaliptycznej krainie grasuje nazi-disneyowski zbir, artefaktem są figurki niejakich żółwi ninja, a o lepsze jutro modlić się przyjęło do ozdobionego kwieciem ołtarzu Michaela Jordana. W zasadzie wszystko już wiecie. Niskobudżetowe kino kumpelskie, powstałe dla samego powstania – mniej więcej tymi słowy ostrzegał widzów sam reżyser. I choć potrafię sobie wyobrazić euforyczne kaskady śmiechu przy tworzeniu Okruchów, to mimo szczerych chęci, moja radość nigdy nie zdeklasuje radości twórców.


Adventurados

Adventurados. Berton Pierce (2015). Kolejny, niskobudżetowy film kumpelski. I chociaż mamy do czynienia z kosmiczną misją w późnej przyszłości, to zastosowano tu efekty analogowe, porośnięte długą, siwą brodą. Zamiast monstrualnych, pochłaniających miliony monet, cyfrowych przynęt, modele i makiety. To oczywiście komplement. Ale jedyny. Reszta zapadła się w czarną dziurę mej pamięci i nie szczególną pałam chęcią, by wysyłać poń misję ratunkową. To dzieło dla freaków Sci-fi. Trudno będzie to dostać. Prawdopodobnie nikt tego nie kupi. A we wszechświecie, z powyższych powodów, nie zgaśnie żadna gwiazda.


bartas domDom. Šarūnas Bartas (1997). Wymieniany jako najważniejszy film Bartasa, Dom to oniryczne przywołanie odległych już wspomnień narratora, na wstępie czytającego pełen melancholii list do matki. Bohater krąży po domostwie, wśród wyimaginowanych postaci, fantomów przeszłości i widziadeł. Sentymentalny miraż na celuloidowej taśmie. Dom przypomina amatorom kina, że sztuka filmowa służy przede wszystkim do pokazywania obrazów. Do wydobycia z nich treści, nie potrzebna jest werbalna eksplikacja, będąca swoistą instrukcją obsługi. Patrzcie na obrazy. Czytajcie z nich. Odnajdujcie.


tokyo tribe

Tokyo Tribe. Shion Sono (2014). Shion Sono uwielbia szokować. Robi to ponownie, choć jego ekstrawagancja i kinowa schizofrenia wielobiegunowa nie zawsze zachwyca i nie za każdym razem trafia do tych samych odbiorców. W przypadku Tokyo Tribe, mamy w zasadzie do czynienia z dwugodzinnym, absurdalnym wideoklipem raperskim, opatrzonym kryminalną fabułą, wojną gangów i ich przejaskrawionymi do granic możliwości, rymującymi członkami. Nie byłem wstanie znieść azjatyckich pop-programów muzycznych w tajskich hotelach, nie jestem w stanie znieść gangsta-musicalu spod ręki Shion Sono. Nie tym razem. Jeśli to Wasz pierwszy film japońskiego ekscentryka, nie skreślajcie go. Sprawdźcie rozkład jego pozostałych odjazdów.


Godfrey Reggio goście

Goście. Godfrey Reggio (2013). Po ponad dekadzie ciszy, Godfrey Reggio powraca z nowym projektem wizualnym, któremu kolorytu dodaje (ponownie) muzyka Philipa Glassa. Stare klocki, w nowej odsłonie. Mając w pamięci trylogię Quatsi, doskonale wiemy czego się spodziewać, lecz tym razem wręcza się nam dzieło niezmiernie minimalistyczne. Obraz składający się z kilkudziesięciu krótkich ujęć, z którego przeważającą część stanowią zbliżenia na ludzkie twarze w odmiennych stanach emocjonalnych, nie przemawia do mnie w ogóle. Mało tego, zgodnie z filozofią Reggio „znaczenie jest w oku widza” i oto znaczenie z mojego oka: Zrobiłem film o twarzach, twarz mówi przecież wiele. Wiele ma sensów, wiele znaczeń, wiele zmarszczek szepczących o istnieniu w ogóle. Twarz to obraz o rzeczywistości, malowidło emocji, myśli, marzeń i rozczarowań. Jeśli Ciebie to zachęca, droga wolna, idź do kina. Nie wiele jednak stracisz zostając w domu, puszczając sobie phillip-glass.mp3 z pulpitu i skrolując wyszukiwarkę grafik googla, pod hasłem ludzka twarz. Prawdę mówiąc, wyjdzie na to samo.


syn szawłaSyn SzawłaLászló Nemes (2015). Wypada się cieszyć, że Syn Szawła powstał, a to dlatego, że jako jeden (jedyny?) z filmów o Holokauście, obrazuje grozę obozów zagłady w obrzydliwie dosłowny sposób. Czyni to nie korzystając z tanich filmowych chwytów, wymuszających łzy, ckliwych zasadzek na nasze, skryte w głębi duszy, okruchy empatii i ludzkiego dobra. Na próżno szukać banałów, nie ma tuzinkowych podziałów, zła i dobra. Jest za to zaprogramowana genetycznie wola przetrwania. Osłabiona wprawdzie wizją rychłej śmierci, z którą przyszło się już pogodzić, lecz wciąż przecież jest po co żyć. Niesztampowe prowadzenie kamery, tuż za plecami głównego bohatera, przypominać może wcielanie się w postać gier FPS. Może to wprawdzie widza zmęczyć, ale dzięki temu prostemu zabiegowi, ma się wrażenie uczestnictwa w nieopisanym chaosie, uczestnictwa w czymś, w czym, na nasze szczęście, nie dane nam było uczestniczyć. Ów chaos i absolutne ubezwłasnowolnienie zostały uchwycone w skali jeden do jednego. Brak tu wzniosłej muzyki reżyserującej wzloty i upadki naszych wzruszeń, bo wciąż niewielu wie, że nad nazistowskimi krematoriami nie sączyła się muzyka Ennio Morricone czy Hansa Zimmera. Brak zmyślnych metafor, brak wizualnych ukłuć w czułe serca. Jest surowo, aż do bólu. Strach na to patrzeć i to chyba główna zaleta debiutanckiej fabuły László Nemesa.


film inseminator

Inseminator. Bui Kim Quy (2014). Wyśmienity debiut Wietnamki, poruszający tematykę realnego problemu praw kobiet, ale i ideowych niedorzeczności (krzywdzących również mężczyzn) w obliczu skamieniałych tradycji kultur patriarchalnych. Medialne wygłuszenie i zakaz projekcji w kraju powstania filmu, podkreśla powagę sytuacji i obrazuje poziom ludzkiej krótkowzroczności i przekazywanej z mlekiem matki ignorancji. Bui Kim Quy nienachalnie obrazuje kulturowy defekt wietnamskich społeczności. Poruszając się zgrabnie pomiędzy tym co realne a pozazmysłowe, tworzy dzieło błyskotliwe i subtelne, ostatecznie częstując widza silną dawką goryczy. Naprawdę warto.


 Więcej nowohoryzontowego kina? Sprawdź część pierwszą, wróć do części drugiej

P.S.: Ważna sprawa. To, że nie wybrałem się na żaden seans z retrospektywy Konwickiego i na podobną ilość filmów z retrospektywy Garrela, nie świadczy bynajmniej o mojej kulturowej ignorancji. Są przecież rzeczy na tym świecie, które się już widziało lub zobaczy przy innej okazji.


TU – 9 pseudoartystycznych gniotów, których nie zobaczysz w polskim kinie.
TU – Bardzo zły film, Borgman.
TU – Twitter, zapraszam.