Zespół suchego oka i psychodeliczne pokurcze. Nowe Horyzonty 2015. Relacja progresywna. (część 2/3)

nowe horyzonty 2015Festiwal zakończony z hukiem, acz bez kontrowersji (może prócz Walsera Zbigniewa Libery). Do obozowiska wracam z zespołem suchego oka i wodą w kolanach. Nie licząc kinowych odleżyn, tiku powieki i ogólnego wycieńczenia organizmu, czuję się bajecznie. Horyzonty poszerzone, ponownie. Wrocławskie święto kina nieoczywistego (i moją na nim obecność) śledzić można było w powszechnych kanałach społecznej ekshibicji myśli i obrazu. I mimo, że kurz opadł, a magenta z korytarzy zwinięta już w snopki, to nic straconego. Zapraszam w swoje skromne, social mediowe progi, częstując solą. Chleb się skończył.

obszary ekshibicji

 twitter /  facebook  /  instagram

Na łamach strony dystrybutora Gutek Film, jeszcze przed rozpoczęciem festiwalu, wraz z grupą Scope50, upychaliśmy niezdecydowanym Perłową 10 T-mobile Nowe Horyzonty 2015. Dziś lista ta wyglądałaby zapewne inaczej. Wiele zachwytów, kilka drobnych rozczarowań i wspomniany już wyżej Walser. Zapraszam więc, na kolejną dawkę mini recenzji z tegorocznej edycji NH.

To jest część 2. Zacznij od początku. CZĘŚĆ 1 Lub od końca. CZĘŚĆ 3


walser zbigniew liberaWalser. Zbigniew Libera (2015). Festiwalowy potwór ze skrzypiącej szafy. Walser to przykry dowód na to, że pełnometrażowy film fabularny, to nie koniecznie odpowiednia materia dla eksperymentującego z formami wyrazu artysty wizualnego. Choćby był nim sam Zbigniew Libera. A był właśnie. Arthouse’owa wersja Avatara (?), w której schowane w leśnej gęstwinie plemię cudaków, z dala od cywilizowanego świata, komponuje surową, niepokojącą muzykę (ukłony za te przedziwne dźwięki) i wiedzie swój, nieskalany uczestnictwem w szczurzym wyścigu, żywot. Na horyzoncie pojawia się jednak zagłada w postaci, niezdającego sobie sprawy ze swoich nienamacalnych mocy sprawczych… kolejarza. Zamysł wpisujący się w filozofię Libery pod tytułem społeczeństwo jest be, jest jak najbardziej jasny i zrozumiały, ale forma i wykonanie mizantropijnego manifestu woła o pomstę do nieba lub raczej filmowego Tego Co Przebywa. W odbiorze tej leśnej makabry (aż boli pisanie dosadnych epitetów o dziele, nieprzeciętnego przecież, polskiego artysty) przeszkadza ponadto, skonstruowany specjalnie na potrzeby filmu, imitujący dialekt ludów nazywanych dzikimi, język jakim posługuje się zgraja umazanych błotem mieszkańców utopijnej oazy szczęścia. W szczególności razi wyrazisty akcent, współczesnego języka polskiego. Oni po prostu udają. I choć filmy z reguły służą do udawania, to w przypadku Walsera mamy do czynienia z pokraczną, aktorską karykaturą. Scenariusz kładzie reżyseria. Reżyserię nieudolne aktorstwo. Trochę wstyd na to patrzeć, jeszcze większy zwołać be społeczeństwo na premierę za be pieniądze, by potem zbyć zainteresowanych i zbesztać za śmiałość w zadawaniu pytań. Artysta oskarżający, co unika nie tylko krytyki, ale i jakiejkolwiek dyskusji, robiąc śmieszne, pogardy godne uniki? Aż chciałoby się powtórzyć za Piotrem Kmitą: „Libera Zbysiu to przy mnie misiu.” Bo jakoś smutno na sercu się robi, gdy ktoś tak istotny dla polskiej sztuki i kultury w ogóle, obrazić próbuje Twoją inteligencję.


duke of burgudnyThe duke of burgundy. Peter Strickland (2014). Nie dajcie się zwieść tej pięknej fotografii. Po za kilkoma zgrabniejszymi kadrami, w tym filmie nie ma nic, co ocierałoby się o artyzm. Ni to sensualna komedia o regułach pożądania w związku BSDM, ni dramatyczna historia z morałem, o pragnieniu szczęścia w miłości. Poza siadaniem na twarzy i oddawaniem moczu do ust partnera, nic Cię tu nie powinno zaskoczyć. Nie pomagają nawet motyle wizualizacje Stricklanda, które jawią się jedynie jako quasi-artystyczna pelerynka przykrywająca płaskość tego dzieła. A miało być tak pięknie.


lucyferLucyfer. Gust Van den Berghe (2015). Zwycięzca Grand Prix tegorocznego festiwalu. I to chyba wystarczająco mobilizujący argument. Należy obejrzeć niezwłocznie. Biblijny upadły anioł nawiedza meksykańską, wysokogórską wieś, komplikując jej spokojny żywot, rozbudzając pogrążone w letargu umysły i serca. Nieszablonowa forma zamknięcia obrazu w kole (inspirowana ponoć twórczością Joosta van den Vondela) przywodzić może na myśl widok z dalekosiężnej lunety w dłoniach nadludzkiej istoty, archanioła czy nawet samego Stworzyciela odprowadzającego wzrokiem tytułowego Lucyfera, z niebios do piekieł. Jest to kino nadzwyczaj udane. Zdecydowanie warto przyjrzeć mu się z bliska. Gust Van den Berghe, święć się imię Twoje.


zakazany pokój

Zakazany pokój. Guy Maddin (2015). Ponad dwugodzinna kąpiel w celuloidowej magmie. Ludzie pryskali z sali porażeni mocą wulkanicznych wyziewów. Nie tylko dla festiwalowego oka, Zakazany pokój jawić się może zachwycająco senną marą. Maddin prezentuje dzieło kompletne, łącząc estetykę niemych komedii z ekscytującym niepokojem, rodem ze szpakowatego już kina grozy. Czerpiąc garściami z filmów niedokończonych i niepowstałych nigdy, miksuje gatunkowe dysonanse, zamieniając je w jedną, przedziwnie harmonijną, zawiesistą masę. Oddaje tym samym hołd swoim bogom. I choć nie spotykamy się przy tym samym ołtarzu, przyglądałem się wybuchom wulkanicznego geniuszu z obrzydliwą przyjemnością. Bez wątpienia, wizualne arcydzieło, przypominające widzowi o nieograniczonych wprost możliwościach X muzy, zacierającej granice pomiędzy fantastycznymi widziadłami a tym co rzeczywiste.


w objęciach węża

W objęciach węża. Ciro Guerra (2015). Opowieść bazująca na wspomnieniach z dzienników dwóch wagabundów odwiedzających Amazonię w pierwszej połowie XX wieku. Pierwszy przeciera szlaki, drugi (dekady później) kroczy tuż zanim. Obydwoje pragną odnaleźć magiczną roślinę, będącą lekiem na całe zło tego świata. Guerra powoli odkrywa przed nami tajemnice amazońskiej dżungli, co rusz zaskakując i przypominając nam o zapomnianych dziejach tej krainy, których echa z rzadka docierają do serca Europy. Interesujące i przewrotne spojrzenie na cywilizacyjny rozwój i stojącą w opozycji pielęgnację tradycji, zarówno z perspektywy oświeconych wędrowców, jak i zawieszonych w czasie autochtonów. Jeszcze jeden powód, dla którego W objęciach węża warto obejrzeć – postać szamana Karamakate zachwyca.


heliionsHellions. Bruce McDonald (2015). Nigdy więcej nie wybiorę się na seans filmu McDonalda. I to nawet nie ze względu na jego twórczość, lecz na jego multipleksową widownię, która nie mogła się obyć bez butelki złocistego trunku, chrupiących krakersów, pogaduszek i dymu z e-papierosów. Hellions to składowa wszystkich zgranych klisz horrorów i kina klasy B. Tak bardzo zgranych i wypłowiałych, że nawet umalowane i splecione w jeden wymyślny warkocz nie grzeszą atrakcyjnością. Czy to, co właśnie napisałem, to seksizm? Taką bowiem, blond bohaterkę (a nie pryszczatego, otyłego chłopca) spotykają wszelkie plagi tego świata. Halloween, dzieci-mordercy, lalki z piekła rodem, noże i shotguny, zjawiska paranormalne, mroki lasu, pełnia księżyca, obcy w ciele i pole złowrogich dyń. Słowem, wszystko co można wpakować do wora, wybełtać z krwią i wylać na posadzkę, tworząc karykaturę kina grozy, slasherów i filmów o złu wcielonym. Chyba jestem już na to za stary.


porwanie michela houellebecqaPorwanie Michela Houellebecqa. Guillaume Nicloux (2014). Houellebecq ponownie (Na progu śmierci), nie wysila się nadto odgrywając filmową role. Z całą pewnością, w tym uroczym, ogólnym zobojętnieniu tkwi jego czar. Porwanie to pseudo-quasi-paradokument o podwędzeniu pisarza-celebryty, mający z faktami niewiele wspólnego. Przedstawioną historię oparto na pewnym epizodzie, kiedy to Houellebecq nie pojawił się na umówionych spotkaniach promujących jego powieść i w zasadzie, na czas jakiś rozpłynął się w powietrzu. Spekulowano wtedy o porwaniu literata, no i masz. Nakręcono o tym film. Nie wiem kto mógłby lepiej wcielić się w rolę Houellebecqa od samego zainteresowanego. Nie sili się na wymyślne gagi, sam jest wielkim gagiem człowieczeństwa. Jasne, wolałby być wolnym ptakiem znów, ale póki jest w posiadaniu papierosów i lampki wina, żywot zakładnika wiedzie ze stoickim spokojem, niczym wizytę w sanatorium. Przezabawny. Polecam.


inna podróż na księżycInna podróż na księżyc. Ismail Basbeth (2015). Pierwsze 30 minut filmu zwiastuje powoli snujące się dziwo z elementami egzotycznych dla europejskiego widza indonezyjskich wierzeń i folkloru. Wtem, jak grom z jasnego nieba, leśna przypowieść o dwóch żyjących w nieprzeniknionej dziczy kobietach diametralnie się odmienia. Śmierć bliskiej osoby, powoduje swoiste deformacje percepcji, stąd w dziele Besbetha, napędzane bateriami AA, plastikowe stada królików, gumowe pstrągi i postacie w maskach dzikiej zwierzyny. Dość czytelne alegorie, podane w przystępny sposób. Nie obyło się jednak bez gwałtownych napadów absurdu, jak choćby wizytacji niezidentyfikowanego obiektu latającego. Ale czyż pokręcona poetyka to nie powab kina nieoczywistego?


zupełnie nowy testament

Zupełnie nowy testamentJaco Van Dormael. Bóg jest jednym z nas i mieszka w Brukseli. Wizja Boga jako zgryźliwego tetryka, plączącego nam nogi na każdym kroku, uprzykrzającego żywot z czystej, nieokiełznanej złośliwości. Stwórca żłopie piwo znudzony swoją wiecznością i żongluje naszą śmiertelnością przed kineskopem wiekowego PCta, gdy jego, jak przystało na nastolatkę, zbuntowana cura postanawia uciec z domu i napisać zupełnie nowy testament. Równie zabawna co infantylna opowieść o uprzątnięciu światowego nieporządku, widzianego okiem dziecka, które wspaniałomyślnie pragnie dobra, nie wiele wiedząc o realiach ludzkiego życia. Tak przesłodzona historia na watykańskie listy zakazanych filmów trafić nie zdoła.


reality film

Reality. Quentin Dupieux (2014). „Nie oglądajcie tego filmu, ten film jeszcze nie istnieje”. Quentin Dupieux zrobił to ponownie. Swoją nieskalaną sensem filmografią gloryfikuje przypadkowość w czystej postaci. Niedorzeczność rzeczona wychodzi mu raz lepiej, raz gorzej. Doprowadzając swe pokręcone płody do granic absurdu, nie mówi jednak o niczym istotnym. Mamy więc do czynienia jedynie z ekstrawagancką rozrywką dla naszych zmęczonych uporządkowanym życiem umysłów. Rozrywką balansującą pomiędzy poziomem luksusowym a youtube’owym dowcipem w rodzaju fail or win, tańczących żyraf i zapętlonych Gandalfów. Podsumowując, jest dobrze, ale opona może być tylko jedna.


sól ziemi wim winders

Sól Ziemi. Wim Winders, Juliano Ribeiro Salgado (2014). Udany, filmowy portret obrazujący przebieg kariery wybitnego, brazylijskiego fotografa Sebastião Salgado, ale i jego nadludzką wrażliwość na ludzką niedolę i perypetie planety Ziemia. Ten film to nie tylko kino, to także prawda o naszym gatunku, której boimy się jak ognia. Polecam. Nie tylko amatorom zastygłego światła i cienia.


mustang film cannes

Mustang. Deniz Gamze Ergüven (2015). Nawet w zbliżającej się do Europy Turcji, prawa kobiety ograniczane są triumfem kultury patriarchalnej i kultywowaną od wieków obyczajowością muzułmańską. Nie łatwe jest więc życie nastoletnich Turczynek, w zgiełku liberalizującej się rzeczywistości, obserwowanej zza krat aresztu domowego, nadzorowanego przez ortodoksyjnych opiekunów i życzliwych sąsiadów. Życie to oczywiście nie bajka i czasem musi dojść do tragedii, by nastąpiła odmiana. W przypadku radykalizmu religijnego i arbitralnych, świeckich tradycji, zazwyczaj jest to odmiana świadomości upokarzanych, nie zaś upokarzających. Dobre kino, poruszające problematykę niezmiernie ważną dla tego wciąż niedowidzącego świata.


Zażyj więcej nowohoryzontowego kina. Sprawdź część 3 lub wróć do części 1.

P.S.: Ważna sprawa. To, że nie wybrałem się na żaden seans z retrospektywy Konwickiego i na podobną ilość filmów z retrospektywy Garrela, nie świadczy bynajmniej o mojej kulturowej ignorancji. Są przecież rzeczy na tym świecie, które się już widziało lub zobaczy przy innej okazji.


TU – 9 pseudoartystycznych gniotów, których nie zobaczysz w polskim kinie.
TU – Bardzo zły film, Borgman.
TU – Twitter, zapraszam.