To nie jest relacja z podróży. Marakesz i 24 kwadraty smutku.

maroko kwadraty smutku 1

Tak się jakoś złożyło, że miałem przyjemność przebywać w Marakeszu, ale to nie jest relacja z podróży. Wcale a wcale. Maroko, umiłowana kryjówka zbójców amerykańskiej literatury sprzed dziesiątek lat. Maroko, gdzie Capote ganiał wzrokiem za przykurzoną opalenizną cherlawych młodzieńców. Gdzie nagrzany William Burroughs przesiadywał w cieniu kawiarnianych markiz, paląc śmieszne papieroski, strzepywał popioły z tarasów nad miastem. Ale ja tu nie dlatego i ja nie z tych, co lubią sadzać poślady tam, gdzie poślady swoje zacne literaci mieli zwyczaj sadzać. Ani mnie to ziębi, ani parzy, kto z kim gdzie i czy mistrz pióra czy fletni pana. Z Noblem, z Oscarem, z medalem wystawy pudli. Choćby i Ginsberg pisywał stąd listy do Garego Snydera. Nic mnie nie rusza. W każdym razie, sadzał tu to i owo nie jeden kabotyn, ćpun i lewak, a w szczególności w Tangerze, o którym już niegdyś pisałem nieco jeszcze nad wyraz podniecony marokańską egzotyką i nieco jeszcze zaniepokojony zastaną rzeczywistością muzułmańskich krain, bo w telewizji mówili, że:

Zło się czai w kołtunach czarnych bród.

A w turbanie wiją węże. I kiedy tak pierwszy raz w swym parszywym życiu usłyszysz zawiłą pieśń muezinów niesioną przez fale gorąca ponad chmurę miejskiego kurzu – nie powiem, wyszepczesz z utęsknieniem imię swej matki. I kiedy o zachodzie słońca tłumy kilimów z merdającymi kutasikami mijają Cię, kierując się w stronę meczetu, jak gdyby wszyscy mieszkańcy Czerwonego Miasta, którego czerwień już dawno wypłowiała od żaru bezwzględnego słońca, wyszli ze swoich nor, by oddać cześć Stworzycielowi – masz prawo odczuć szmery w sercu. Gdy w zasięgu wzroku nie ma nikogo o miłych Ci, europejskich rysach twarzy, a w potopie muzułmańskich wędrowców na próżno szukać gołębia z gałązką oliwną czy choćby bladolicego kapłana na ostatnie namaszczenie przed rychłą śmiercią – bój się boga, którego wolisz się bać. Polak z serca Europy na marokańskiej ziemi może czuć się nieswojo. Polak dwadzieścia lat temu mdlał na widok Murzyna na Mokotowie. Ale dziś Polak wie, że Murzyni są tylko z Afryki, a muzułmanie z piekła. Piotr Ibrahim Kalwas, to musi być wariat.

maroko kwadraty smutku2A ja się nie boję i to nie przechwałki. Ja się nie boję, bo byłem w Katowicach. Każdemu, kto się czegokolwiek lęka, polecić należy nocną eskapadę po katowickich rewirach miłosierdzia. Boisz się śmierci? Rwania siekaczy? Egzaminu z pomp cieplnych? Katowice. I żeby nie było, że się znęcam nad biedną Polską, w Amsterdamie też wpierdol dostać można i to nie byle jaki. Najpewniej od swoich, trochę rzadziej od tubylców, a już od Marokańczyków, których jest tu nie mało, zebrać bęcki to jak wygrać w totka. W Katowicach nie pomoże tłumaczenie, że się właśnie o arce biblijnej rozmawiało z przyjacielem w wierze, a nie o gdyńskim klubie sportowym. Jeszcze trudniej wyjaśnić, że Janusz Kupcewicz to czołowy wioślarz Noego, a nie (jakby się wydawało) były defensywny pomocnik nadmorskiej kadry. Jak to tak, katolik katolika w katolickim kraju?

Katowice mon amour.

Zwracając się na powrót z Ziemi Skąd Nasz Ród w stronę Mekki… W Marakeszu nikt nie zna polskiego. Ryzyko jakiejkolwiek chryi maleje więc znacznie. Nikt nie pyta za kim stoisz. Ja i tak na piłce się nie znam, w dodatku niewierzący jestem bardzo. To zdaje się być bezpieczniejsze niż innowierstwo. W każdym państwie. Może prócz Islamskiego. Turysta, to również dość bezpieczny status na suchej, Marokańskiej ziemi, która od dekad użyźniana jest zagraniczną walutą pozostawianą przez białych ludzi w spoconych szortach i ciemnych szkłach. Nie żeby od razu zbawcy narodu, ale biznes jest biznes. Co jak co, ale Marokańczycy znają jego zasady równie dobrze jak wersety Koranu. Nie zabijają turystów. Martwy turysta nie kupi dywanu.

maroko kwadraty smutku 3

Jak już jesteśmy przy dywanach. Możesz się zapierać, ale nie obiecuj sobie zbyt wiele. Nie latają, śmierdzą, blakną na słońcu i prawdopodobnie wrócisz z jednym do domu. Już oni znajdą sposób. Ja wróciłem, ale przecież z tym właśnie zamiarem przybiłem do brzegu Afryki. Takie już moje burżujskie fiksum-dyrdum, latać do Maroko na zakupy. Szwedzi z Ikei tkają marnie. Kiedy marokańscy straganiarze zorientują się, że wcale nie zbłądziłeś przekraczając próg zacienionej pakamery i wyczują nosem nieco grosza dzwoniącego wesoło w Twej kieszeni, stawiają na stole herbatę i rozpoczynają negocjacje. W zamkniętym pomieszczeniu. Mogą trwać one nawet kilka godzin. W każdym razie dłużej od partii szachów, a już na pewno od meczu tenisa. Ja uwinąłem się dość szybko, bo już na wstępie dałem się poznać jako twardy gracz, ścinając proponowaną cenę o jakieś 2/3. O asie serwisowym nie było jednak mowy. Dzikim rechotem próbowano odbić piłeczkę i zbić mnie z pantałyku. Do przerwy remis. Tak sobie odbijaliśmy pomiędzy kolejnymi dzbankami gorącej mięty, aż doszliśmy do porozumienia stron. Wojny z Maroko nie będzie. Możesz spać spokojnie. Również znam się na biznesie. Jestem z Polski.

Burroughs i inni życiowi wykolejeńcy byli zafascynowani tutejszą kulturą. Ja sam nie ukrywam swojego entuzjazmu. Nawet niejaki Jim „Dżej Dżej” Jarmusch, nie bez powodu rozstawiał tu ostatnimi czasy swoje kamery. Marokańczycy to nietuzinkowi ludzie. Owszem, mają nieco złowrogi grymas twarzy i bywa, że patrzą na Ciebie spod skośnych, włochatych brwi jakbyś właśnie obraził ich matkę. Gdyby zabraniano Ci spożywać alkoholu, a w cztery najgorętsze tygodnie roku, od rana do nocy nie jadłbyś, nie pił, nie palił i (o zgrozo!) nie uprawiał seksu, bez dwóch zdań, też chodziłbyś wkurwiony. Post od mięsa w piątki jest dla cieniasów. Ramadan to jest nie lada wyczyn. Znajomość kodeksu karnego utrzymuje w ryzach ludzi małej wiary. W przypadku złamania sztywnych reguł gry przewiduje się, między innymi, uwolnienie niewolnika. Nikt normalny nie chce uwalniać niewolników.

Komitet Krzewienia Cnót i Zapobiegania Złu

Z resztą trudno o dezercję z armii muzułmańskich moralistów, kiedy pieczę nad siłą woli narodu, prócz samego narodu, trzyma policja obyczajowa, na wzór Afgańskiego Komitet Krzewienia Cnót i Zapobiegania Złu. O Ramadanie i tutejszych zwyczajach opowiadał mi przemiły Dila. Chłop na schwał. Moje uszanowanie. Na dachu jednego z tutejszych riadów, skrytych głęboko w ciasnej medinie, paliliśmy ćmika za ćmikiem. Oczywiście, grubo po zachodzie słońca, kiedy gniewny Allah udaje się na spoczynek i nie kiwa już nieustannie palcem. Na dachu obok, piał kogut. Mamy ze sobą dużo wspólnego (nie z kogutem!). Dila nigdy nie widział śniegu. Ja wielbłąda. Ja nie byłem w Casablance, Dila w Katowicach. Obydwoje młodzi wiekiem. Czy tego chcemy czy nie, jesteśmy przedstawicielami Generacji W11 (11 września, 2001). Obydwoje mamy wciąż przed oczyma dwie wieże, samoloty i kłęby dymu. Wydarzenia przypieczętowujące narodziny XXI wieku, niewątpliwie, miały wpływ na kształty naszych dzisiejszych jestestw. Ale każdy z nas patrzy na owe sprawy przez zupełnie inną parę okularów i nie wiem kto jest w posiadaniu lepszych szkieł i kogo los w nowym świecie bardziej nietęgi. Niektóre pytania mają wiele odpowiedzi, bo nic nie jest czarne albo białe. Chyba, że rzeczywiście jest czarne jak węgiel, który jest jednak brunatny.

maroko kwadraty smutku 4

Zaraz po powrocie do Amsterdamu, w trakcie rozprostowywania świeżo przemyconego dywanu, doszły mnie słuchy o zamachach w Tunezji oraz ostrzeżenia polskiego MSZ, by dla własnego dobra zrezygnować z planowanych ekspedycji do krajów muzułmańskich, w tym Maroko. Co myśli o tym Dila, nie wiem i prawdopodobnie nigdy się nie dowiem, choć świetnie pamiętam zapewnienia będące miodem na me uszy. Drzwi jego domu już zawsze stoją dla mnie otworem. Aby nikt nie uznał mnie za łotra, nikczemnego ignoranta i zdrajcę Zachodu, powiem jedynie, że doskonale zdaję sobie sprawę z tego, co wydarzyło się w Tunisie, Paryżu, Londynie, Madrycie i Nowym Jorku. Wiem także co wydarzyło się w Nagasaki i Hiroszimie. W Meksyku, Katyniu oraz Birmie. Donbasie, Syrii, Norwegii, Nigerii. W związku z powyższych, pragnę delikatnie zaznaczyć: My ludzie, wszyscy jak jeden mąż, jesteśmy przebrzydle chujowi. A dywan kupiłem ładny.

P.S.1: Marokańczycy wynaleźli osły.

P.S.2: Ja jestem pies, co chodzi i patrzy, a to są kwadraty smutku.


TU – Long Neck Karen. Historia kobiety, która złamała mi serce spojrzeniem.
TU – Gibraltar okiem outsidera.
TU – instagram.