Long Neck Karen. Historia kobiety, która złamała mi serce spojrzeniem.

long neck karen 710px

Ponoć nie ma człowieka, którego nie można kupić, ale to sprzedaż przynosi zyski.

Patrzycie właśnie na absolutnie piękną przedstawicielkę ludu Karen. TUTAJ  w jakości lux. Członkinię jednej z wielu etnicznych grup południowej Azji, których dalekowschodnia uroda, charakterystyczny ubiór i specyficzny styl życia cieszy oko mieszkańców betonowo-szklanych miast zachodu. Prosta życiowa filozofia i bliskość z naturą, zarówno fizyczna jak i ta nienamacalna stały się dla nas, czymś tak odległym, że ponowny kontakt z owym zjawiskiem jawi się doznaniem swoiście egzotycznym. Egzotyka zawsze będzie dla nas jak drink z palemką. Przyjemnie jest sobie nieco łyknąć. Każdy pragnie dotknąć i zobaczyć. Mało kto jednak próbuje zrozumieć. Nikt nie zadaje pytań.

Pytania.

Północna Tajlandia. Prowincja Chiang Mai, obrzeża narodowego parku Doi Inthanon przy granicy z Mjanmą (dla niewtajemniczonych, państwo z niefunkcjonującą już oficjalnie nazwą: Birma). Rejony oblegane przez turystów z całego świata, ze względu na obszerne menu orientalnych atrakcji, w tym bambusowe spływy rzeką Mekong, buddyjskie świątynie, okazałe wodospady, parki tygrysów, kulinaria, słonie, farmy orchidei, plantacje herbaty, górski trekking i zatrucia pokarmowe. Słowem, wszystko czego spragniony wrażeń człowiek może doświadczyć za relatywnie małe pieniądze. Jednym z głównych punktów tutejszych wycieczek grupowych, organizowanych przez obrotnych tajskich kapitalistów, są górskie wsie wiernych swoim tradycjom mniejszości narodowych, w tym głównie Karenów. Nie lada to gratka dla łowców azjatyckiego kolorytu. Wszyscy bawią się wyśmienicie, kupują pamiątki, robią zdjęcia i wracają do swoich hoteli. Zarówno gości jak i gospodarzy przepełnia nieopisana radość i szczęście. Jeśli jeszcze nie wiecie jak wygląda szczęście…

karen thai

Strach ma piękne oczy.

99% odwiedzających nie zdaje sobie jednak sprawy z faktu, że uczestniczy w smutnym spektaklu. Spektaklu, za którego krasną kurtyną kryje się taki ogrom ludzkiej niegodziwości, że bezpowrotnie traci się wiarę w to, iż głównym atrybutem odróżniającym Homo sapiens od pozostałych gatunków zamieszkujących tę planetę jest empatia. I nawet jeśli tutejsi przewodnicy informowaliby o powodach, dla których dane jest nam oglądać te długie, złote szyje, prawdopodobnie nikt nie zaprzątałby sobie nimi głowy. Wszakże nie po to się wyrusza na wywczasy, by wpadać w głęboką zadumę nad kondycją ludzką, a już tym bardziej odczuwać smutek czy współczucie.

Drobna dygresja. Błądzę nieco wokół sedna sprawy z prostej przyczyny, temat jest obszerny i trudno się doń dobrać od właściwej strony, kiedy właściwie nie wiadomo, która jest właściwa. Pragnę zaznaczyć, że należę do 1% gości osady Karenów w północnej Tajlandii, procenta z odpowiednim bagażem wiedzy. A wszystkie zamieszczone tutaj zdjęcia nie mają charakteru turystyczno-pamiątkowego, lecz dokumentujący skrawek pewnej historii obfitej w niezrozumiałą nienawiść i wszechobecną ignorancję gatunku współczującego. Aby już nie przedłużać i utrzymać potok myśli w jako takim porządku, zaczną od początku.

Tu zaczyna się historia.

Północna Tajlandia. Prowincja Chiang Mai, obrzeża narodowego parku Doi Inthanon przy granicy z Mjanmą (niegdyś Birma). Opłacam tajskiego przewodnika, bez którego obecności ponoć nie można przekraczać progu wioski i udaję się w tereny na wpół dzikie. Witamy się z Tajem pilnującym bramy na drodze prowadzącej do zalesionej osady. Zachęca mnie do kupna wody, coca-coli i laysów. Jest 7 rano, w związku z czym jestem zupełnie sam. Turyści przecierają jeszcze oczy w swoich pokojach hotelowych. Zaskoczone moją obecnością o tak wczesnej porze mieszkanki drewnianych chat wyłaniają się powoli z cienia. Stają przy bambusowych straganach obłożonych kolorowymi dobrami i zachęcają do zakupów. Uśmiechają się, szepcząc coś pod nosem i nawołują rękoma. Ktoś wyciąga instrument strunowy, ktoś przędzie coś z kolorowych wełen. Teatr się rozpoczął.

karen village

Przewodnik opowiada o zwyczajach Karenów. Zatrzymuje i obraca jedną z przechodzących starszych kobiet pokazując mi elementy jej ubioru. Ta nie stawia oporu. Uśmiech nie schodzi z jej twarzy. Sztukę próbuje powtórzyć na młodszej mieszkance wsi, która tradycyjną koszulę przykryła ortalionowym dresem z paskami na ramionach. Wyciąga słuchawki z uszu. Ten informuje ją o swoich zamiarach. Nie jest już tak łatwo. Młoda się stawia. Jej szyi nie zdobią już złote kręgi. Nie ma ochoty uczestniczyć w przedstawieniu, ale nie odchodzi, nie bluźni na natrętnego przewodnika. Mimo potwornej złości buchającej z jej oczu, mimo gniewnego grymasu twarzy stoi nieruchomo i pozwala patrzeć na siebie jak na dziki okaz w ludzkim zoo. Taj przeprasza mnie za jej zachowanie. Uwierzcie mi, prawdopodobnie nigdy nie czułem się bardziej zażenowany niż w tamtym momencie. Pamiętałem jednak o powodach mojej wizyty i prawdopodobnie one, pozwoliły mi nie udusić mojego opiekuna na miejscu i nie uciec z obrzydzeniem.

Dla kompletnego laika i ignoranta, bambusowe wsie etnicznych ludów Azji ukryte w Tajskich lasach wydają się być autentyczne i zniewalają swoją egzotyką. Owszem, zdają się być również nieco na pokaz, tak by sprzedać jak najwięcej rzemyków i świecidełek, ale hola! To jest sposób w jakim funkcjonuje ten świat i sprawą oczywistą jest, że Karenowie też coś do gara włożyć muszą. Otóż nie. Prawda jest smutniejsza niż stado zasmarkanych foczek opuszczonych przez wyrodną matkę. Ortodoksja Karenów to produkt. I pół biedy, gdyby jeszcze należał do nich samych. To produkt tajski. Działanie w ramach rozwoju turystyki, z którego skarb państwa czerpie nie małe korzyści. Mniejszości narodowe w Tajlandii są zmuszane do kupczenia własnymi tradycjami, a jeśli ktoś spyta jak dorosły i samodzielny człowiek może na tężę niegodziwość przystać, odpowiem prosto. My możemy tego nie rozumieć, Tajowie mogą tego nie rozumieć, ale tajski rząd wraz z królem doskonale rozumieją, że są na tym świecie ludzie, którzy nie mają wyjścia. Więc się ich sprzedaje. Laikom i ignorantom.

Ok. Jest wyzysk i niesmak, ale gdzie ta nienawiści i utrata wiary w ludzką empatię?

Cieszę się, że pytacie.

karen school

Więcej pytań.

Młody Taj oprowadza mnie po okolicy. Pokazuje szkołę, w której dzieci uczą się języków, kiedy ja wiem, że niespełna 5 kilometrów stąd, w mieście Chiang Mai, stoi prawdziwa szkoła, z prawdziwymi nauczycielami i prawdziwą edukacją. Opowiada mi wiele wesołych historii, które mają mnie wprawić w prawdziwie wakacyjny nastrój, ale nie mówi nic co chciałbym usłyszeć. Mianowicie, nie mówi prawdy. Chcecie prawdy? Oto prawda. Oto nienawiść i utrata wiary w ludzką empatię. Teraz. Już.

Karenowie to około 7 milionowa populacja zamieszkała tereny wielonarodowościowej Mjanmy (Birma). Spokojni, prości ludzie, nie szukający zwady, pokojowo nastawieni rolnicy i pasterze. Nie cieszą się zbytnią sympatią pozostałych mieszkańców kraju, ze względu na odrębną kulturę, własny język, wierzenia animistyczne, filozofię życia, a zwłaszcza aspiracje do stworzenia autonomicznego państwa. Od ponad 200 lat nienawiść podsycają elity rządzące Birmy. Okrutna polityka feudalna, angielska okupacja (a wydawałoby się, że zło tylko ze wschodu zionie), japońscy faszyści i obecny, kuloodporny reżim wojskowy, który dla niepoznaki począł nazywać się demokratycznym. Przez dwieście lat z różnym natężeniem, na terenach tego kraju odbywa się krucjata przeciwko mniejszościom narodowym. Pozbawia się ich praw i honoru, choć zamieszkiwali te ziemie na długo przed utworzeniem republiki birmańskiej. Pozbawia się ich godności i życia. Palono ich wsie, więziono i torturowano. Kobiety niewolono i gwałcono, palono żywcem. Na rozkazy rządu, do wsi wielokrotnie wkraczała armia birmańska, mordowano całe rodziny i osady. Po ogłoszeniu niepodległości Birmy w 1948 roku, nacjonalizm kraju przeszedł transformację i przerodził się w fanatyzm. Rozpoczęła się czystka etniczna na wielką skalę. Mordowano na potęgę. Setkami. Tysiącami. Przyglądając się historii tego kraju, trudno nie zauważać podobieństw do XIX-wiecznej Europy i bez wątpienia wydarzenia te należy nazwać azjatyckim holocaustem.

Żydzi Azji.

Represje i dyskryminacja trwają do dziś. Mimo że Karenowie od lat osiedlają się coraz bliżej tajskiej granicy, zdawałoby się  z dala od niebezpieczeństwa, w gęstych, górskich lasach, w lasach tych oprócz grzybów shitake równie często napotkać można ludzkie zwłoki. Działania organizacji humanitarnych sukcesywnie utrudnia reżim Mjanmy, nie udzielając zgody na przekroczenie granicy. Pomoc z zewnątrz jest banowana. Tam gdzie słowa nie wystarczają wkracza wojsko. W kraju pogrążonym w wojnie domowej (od 67 lat!!!), nikt nie może czuć się bezpiecznie. Mniejszości narodowe bez powodzenia walczą o swoje prawa, a broń chwytają nawet kobiety i dzieci. Powagę sytuacji powinna podkreślić informacja, że Mjanma to jedna z nielicznych krain tego świata, w których odwiecznie stroniący od polityki buddyjscy mnisi wyszli na ulice w proteście przeciwko panującemu terrorowi. Mnisi to świętość w Azji. Niestety, jak się okazało nie dla birmańskiego reżimu. Protesty tłumi się siłą, a ciała ich uczestników znajduje później w parkach i jeziorach. Tak było i w tym przypadku. Na terenie całego kraju działają podziemne organizacje, potajemnie nagrywające materiały wideo i przekazujące je zagranicznym stacjom telewizyjnym. Ryzykują życiem. Nie wracają do domów. Świat milczy.

old karen

Ta kobieta może się uśmiechać do woli. Mieszka po bezpiecznej stronie granicy tajsko-birmańskiej. Wyzysk i ignorancja Tajlandii po stokroć lepsza od poderżniętego gardła w górach Mjanmy. Ogromna część grupy etnicznej Karen, co roku, w obawie o własne życie nielegalnie przekracza granice kraju. Mniejszości lądują w obozach dla uchodźców, bądź wsiach-teatrach dla turystów. Naciski organizacji praw człowieka na tajskim rządzie, powoli odmieniają ich losy na lepsze. Ale jak sami dobrze wiemy, walka o nowe życie może trwać życie. Karenowie nie są obywatelami Tajlandii, w związku z czym nie przysługują im żadne prawa. Nie mogą podjąć pracy, nie mają praw do zamieszkanej przez nich ziemi, są wysiedlani. Nie posiadają ubezpieczeń, ich społeczna sytuacja utrudnia dostęp do opieki zdrowotnej, nie mogą swobodnie poruszać się po kraju. Ich dzieci nie wiedzą czym jest edukacja. Mało tego, część z nich nie wie nawet czym jest ciepła woda i elektryczność. Pragną żyć, nie mają niczego w zamian. Ale za to dobrze wyglądają na obrazkach. Sprzedają więc swoją częściowo upozorowaną egzotykę w zamian za lepsze warunki życia. Uśmiechają się do kowboi z Teksasu i europejskich miłośników podróży z selfiestickiem w dłoni. Żadna z kobiet Karen nie nosi dziś złotych obręczy na swej szyi z tych samych powodów co wieki temu. Nie boją się już ataku tygrysa, nie przekonują o swojej atrakcyjności przyszłych mężów i nie kaleczą swego karku dla braku zainteresowania ze strony handlarzy niewolników. Uczestniczą w postawionym przez Tajów cyrku. Dla siebie i swoich dzieci.

karen children

Wracamy do osady.

Godzina 8 rano. Mój przewodnik udał się za potrzebą. Z oddali dobiega mnie chichot grupy chińskich turystów. Na szyję zakładają atrapy złotych obręczy i fotografują się z Karenami. Nie zdają sobie sprawy, że aby wypaść naprawdę autentycznie, należałoby raczej poderżnąć sobie gardło i położyć się pod drzewem do zdjęcia. Molestują fleszem zastygłe uśmiechy starszych pań. Kupują pamiątki (made in China!), krzyczą, pokazują palcem, dotykają. Miło spędzają czas. Odchodzą. Śniadanie podchodzi mi do gardła.

Nie płakałem. Jestem twardy. Choć bardzo chciałbym pomóc, co mogę zrobić? Sam, jeden bubek z serca Europy kontra birmański reżim? Nie kupiłem pamiątek od Tajskiego rządu. Zostawiłem garść monet i uścisnąłem dłonie, a teraz piszę ten tekst. Tyle mogę. Ty możesz poznać tę historię i zapamiętać raz na zawsze, by nie być ignorantem w podróży. To nie jest apel, a ja nie jestem apostołem miłości. Muszę jednak przyznać, że sytuacja tych ludzi głęboko mnie poruszyła i dziwi mnie brak większego zainteresowania ze strony światowych mediów. Fundamentaliści islamscy lepiej się sprzedają? Birmański reżim nie publikuje dokumentacji ze swoich egzekucji w sieci? Propaganda rosyjska i antyrosyjska to gorący temat?

Współczucie to pierwiastek deficytowy. Empatia to iluzja. Boli nas jedynie własna rana. Przyzwolenie na nienawiść i powszechne zobojętnienie, to są cechy prawdziwie ludzkie. I jak tu nie być mizantropem? Zdaje się, że lepiej dla nas wszystkich było z drzew nie schodzić.

karen donation box

P.S.: Możecie poszerzyć zakres swojej wiedzy w temacie:


TU 500 000 lat ludzkości w 2 minuty.
TU – facebook.