Afonia wyspy Texel. Rajza mizantropa.

txl1

Gdy sytuacja zmusza Cię do odwrotu, stajesz się zbiegiem okoliczności.

Samotność to stan pełen uroku. Przepadam. Można być samotnym wśród ludzi, ale spokój ducha skrywa się tam gdzie próżno szukać czegokolwiek innego. Jako umiarkowany mizantrop (całe szczęście, że nie stuprocentowy) zmuszony byłem niejednokrotnie wykazać się sprytem i wydreptać sobie kilka ścieżek, którymi nieustannie podążam w celu jako takiej konsolidacji ze zbiorowością ludzką. Owszem, jest to fach męczący, nie obywa się bez potknięć, ale strzelić sobie w łeb to każdy umi, tylko nie każdy wi ile po tym sprzątania. Lecz ja nie o tym. Ja o tym, że (choćby efemeryczną) ucieczkę od ludzkiego bytu zaleca każdy psycholog, który nie zdążył jeszcze wyskoczyć przez okno. Sporadycznie stosuję manewr ze zbiegiem okoliczności, godząc się jednocześnie na porażkę w kwestii wyzwolenia z bytu własnego. W indywidualnej ofensywie przeciw powszechnej akulturacji, eksperymentuję, rekreacyjnie przeistaczając się w hikikomori (pojęcie społecznej tożsamości odrobinę mnie konsternuje). Gdy egzystencja w zamkniętym sześcianie nie przynosi upragnionych rezultatów, wybywam na rajzę mizantropa. Co uczyniłem i tym razem. Depresja?

Zupełnie nie wiem jak sobie radzić z depresją. W szczególności cudzą.

Po wytargowaniu dni wolnych od zarobkowania, mozolnie dokonywałem wyboru pomiędzy Berlinem, Brugią, Brukselą i Wenecją. Zdecydowałem się na Texel. Wyspę na północy Holandii, z prostego powodu. Zamieszczona poniżej fotografia, zdaje się doskonale ów powód prezentować.

txl2

Samotność w, zdawałoby się, odrealnionych okolicznościach przyrody. Strefa bezwzględnej posępności. Stalkerów brak. Bezdźwięczny minor. Ziemia po ludziach. Pole upraw myśli frasobliwych. Słońce fajfus. Afront atmosferyczny. Mgli, mży, dmie w zeszklone oczy. Skąpany w szarości gęstego powietrza, poddałem się wewnętrznym deliberacjom. Począwszy od spraw błahych: „czy aby na pewno zakręciłem kran w łazience?”. Na procesie indywiduacji kończąc. Carl Gustav Jung byłby ze mnie dumny. Ponadto, pomiędzy próbami scalenia się z kontemplowaną osobliwością zastanych tu pejzaży, rozmyślałem nad autonomicznością moralną, strukturą kłamstwa, Wyżyną Mongolską, kamuflowaniem bezcelowości istnienia.

Rozmyślałem nad marnością ludzkiego losu, a potem zjadłem pączka.

Z wyspy Texel przywiozłem nieskazitelnie czysty umysł oraz holenderską grypę w bonusie. Powróciłem, by ponownie oddać się romansom z zamkniętą przestrzenią, tym razem spod kołdry zaciągniętej na głowę. Zielone wydmy polecić należy późną jesienią, gdy tutejsza ludność wymiera, turystyka zapada w zimowy sen, a trawa ugina się pod ciężarem rosy. Polecam więc, każdej zbłąkanej owieczce, zmęczonej stadną egzystencją, pomiędzy króliczymi norami wznieść swój niewidzialny ermitaż i włożyć we włosy mewie pióro.

txl3


TU – Gibraltar okiem outsidera. 
TU – facebook.