Charles Bradley na żywo, czyli o tym jak zostałem słodką groupie.

cbarles bradley

W ramach wstępnej kuracji zanikających mechanoreceptorów ucha wewnętrznego i kulturowej rekonwalescencji, postanowiłem wybrać się na koncert. Po długotrwałej separacji z percepcją sztuki generowania pięknych dźwięków i zobojętnieniem na kwiatki z wszelkich pozostałych, kulturowych polanek, nadszedł czas na odżywczy zastrzyk. Nie od razu transfuzję, zastrzyk inicjacyjny. Planowany występ Charlesa Bradleya wydawał się odpowiadać założeniom tej koncepcji i w istocie tak było. Bo wiecie, gdybym jako wstępniak zaaplikował sobie – dla przykładu – jeden z sześciogodzinnych obrazów Lava Diaza,  „Free Jazz” Ornette’a Colemana lub przeczytał stu stronicową analizę bergmanowskiego egzystencjalizmu w filmie o poziomkach, z całą pewnością zapłakałbym się na śmierć.

Charles Bradley to model człowieka pięknego. Jako artysta-muzyk nie zainfekowany gwiazdorską megalomanią, estradowiec wdzięczny, szczery do bólu i naturalny w swoim scenicznym bycie. Wysłannik miłości. Cudotwórca. Postać emanująca dobrem o mocy rozbudzającej nieopisaną chęć przytulenia do serca kiwających się rytmicznie uczestników widowiska. Choćby i tych najbardziej odrażających i tych, którzy właśnie ukradkiem wyciągnęli z Twojej kieszeni 10 euro. Nasuwają się pewne biblijne skojarzenia. Uspokoję jednak.

Nie istnieją żadne wiarygodne dowody na to, aby Charles Bradley chodził po wodzie.

Na występ w Haarlemie, pod Amsterdamem, nie przybyłem jednak doświadczać sztuczek rodem z telewizyjnych talentszołów, a pojęcie artystycznych sofizmatów mających na celu odwrócenie uwagi widza od faktycznej wartości treści (lub jej braku) jest Bradleyowi obca. Owszem, sześćdziesięciopięcioletni The Screaming Eagle Of Soul zarzucił biodrem przy gorętszych partiach sekcji rytmicznej akompaniujących mu Extraordinaires, wykonał garść póz tanecznych, których nie powstydziłby się Mick Jagger oraz Ginger i Fred razem wzięci. Pokusił się nawet o elvisowskie zagranie z pchniętym na scenę stojącym mikrofonem, powracającym do dłoni. A po za tym? Nuda. Nikt nie spłonął, nikt nie roztrzaskał gitary, nikt nie zsunął się z liny. W epoce intensyfikacji bodźców wszelkiej maści, możność niezmąconego wizualnymi zakłóceniami odbioru muzyki cenię sobie na równi z atrybutami slow cinema. A muzyka Charlesa Bradleya (i niech zabrzmi to konwencjonalnie) płynie prosto z serca i w serce słuchacza trafia. I choćby przejmujący, autobiograficzny „Why It Is So Hard?” wybrzmiał nadzwyczaj wiarygodnie i hard mimo, iż niespełnione amerykańskie sny nieczęsto dręczą zadowolonych ze swego życia Holendrów. Tak jakby każdy z zebranych na sali wyzbył się swojego codziennego przebrania, potwierdzając istnienie ukrytej w tajemnicy czarnej melancholii. I nawet oczy stojącego tuż obok mnie okazałego osiłka o twarzy zbira bez uczuć zeszkliły się jak przy silnych podmuchach wiatru. I ja uroniłem mikroskopijną łzę, bo zdążyłem poznać historię muzyka, a i dobry ze mnie chłopak. Pełen empatii i zrozumienia. Z pytaniem cisnącym się na usta. Why it is so hard w mojej Ameryce?

Charles obsypał słuchaczy miłością w epilogu swojego występu. Werbalnie. O miłości śpiewał i opowiadał, w miłości i pojednaniu widząc lek na całe zło. Patti Smith aktywizowała publikę wykrzykując hasła o ludzkiej sile, walce o równe prawa, pomocy bliźniemu, a Bono, no wiecie, o ochronie wielorybów. Każdy z nich (jakkolwiek banalnie by nie brzmiały ich postulaty) namawiał swoich słuchaczy do postępowania bardzo obciachowego. Czynienia dobra. Postanowiłem więc nabyć winylową płytę „No Time For Dreaming” na koncertowym straganiku – w ramach odkupienia win. Debiutanckie wydawnictwo ukradłem bowiem Charlesowi z internetu. Lat kilka wstecz, jak próżny nikczemnik. Czego się niezmiernie wstydzę. Urokliwy koncert zagrał na najczulszych strunach mojej smutnej słowiańskiej duszy i już po jego zakończeniu wcale nie miałem ochoty opuszczać murów haarlemskiego Paatronatu. Zwłaszcza że odżywczy zastrzyk, o którym wspominałem w pierwszym akapicie, okazał się zastrzykiem niezaspakajającym. Czekałem więc, czekałem jak zahipnotyzowany. W trakcie dwógodzinnego after party, na sali pojawił się sam Czciciel Miłości, z którym zamieniłem kilka krótkich słów, zanim dopadła go banda bezwstydnych Irlandczyków sepleniących coś o funkowych tradycjach po spożyciu kilku Guinnessów. Bardzo chciał podpisać moją płytę, więc się zgodziłem. Nastąpiło dopełnienie. Mogłem wracać.

Do domu spacerowałem uśmiechnięty, z winylem pod pachą. Szczęśliwy jak mała, słodka groupie z wąsem. Z całego tego ogromu miłości, zmuszony jestem sprawić sobie gramofon.


TU – Za co kocham Nowy Orlean.
TU – facebook.