Tanger – przedsionek nieznanego nam świata.

maroko

Są granice, których nijak nie da się przekroczyć i nie o liniach na mapie tu mowa. 15 kilometrów. Taką odległość należy pokonać drogą morską, by z południowego wybrzeża Hiszpanii dobić do tangerskiego portu. I choć są zgryźliwcy co twierdzą, że przepłynięcie Cieśniny Gibraltarskiej nie czyni Cię podróżnikiem, a stąpanie ledwie po skrawku czarnego lądu to tak, jakby jedną nogą wciąż pozostawać w Europie… Wybacz im Panie, bo nie wiedzą co czynią. 15 kilometrów ciekłego błękitu i nagle okazuje się, że rzeczywistość, która jest Ci codziennością, zostawiasz za sobą, bo oto wkraczasz w przedsionek nieznanego sobie świata. Tanger to, jak do tej pory, jedyne miasto w jakim kiedykolwiek miałem obawy o własny portfel, zęby i zdrowie. No może prócz Katowic. I niech mnie włóczykije tego świata wyszydzą po raz kolejny, że trzeba mi odwiedzić Afganistan lub zgubić się nocą na Brooklynie z płonącym krzyżem w dłoni. Nie przywykłem bowiem do świadomego wkładania kija w mrowisko, pókim młody duchem i ciałem. Gdy bliżej mi będzie grobu niżeli kołyski, będę wkładał kij za kijem bez lęku o skutki balansowania pomiędzy głupotą a odwagą. Kiedy piszę te słowa, dorzucam lodu do kolorowego drinka, wylegując się na tarasie swojego małego, holenderskiego domku.

Tymczasem w Tangerze: 

1

Afryka. Zanim staniesz na marokańskim wybrzeżu, zadumaj się przez chwilę nad tym co rozpościera się przed Twoimi oczyma. Jeśli pierwszy raz wybierasz się na obcy Ci kontynent, być może poczujesz dziwne uczucie bliskiego rozwikłania tajemnicy, które i mnie przeszywało w chwili, gdy spoglądałem przez okna promu rozbijającego śródziemnomorskie fale. Jeśli znowuż, pierwszy raz podróżujesz promem, masz niespełna 30 minut, by rozpoznać syndromy choroby morskiej.


 

2

Na pokładzie, urzędnik o nieeuropejskiej aparycji poprosi o wypełnienie odpowiednich dokumentów i widząc aparat fotograficzny uwieszony u Twojej szyi, zapyta o cel podróży i czy przypadkiem nie jest on służbowy, a jeśli jest to… W każdym razie, nigdy nie przyznawaj się lub też nie fantazjuj, że wysłał Cię jaki Kurier Niedzielny czy inny Goniec Pabianicki, no chyba, że rzeczywiście Cię wysłał.


 

5

Ledwo dotkniesz stopą lądu, a zgraja przemiłych, bezinteresownych tubylców oblatuje Cię z każdej strony jak wygłodzone gołębie pokaźny okruch.  Pragną oprowadzić Cię po mieście, zawieźć taksówką gdzie trzeba, wskazać najlepszą restaurację i służyć barkiem, dźwigając Twoje podróżne walizy. Oczywiście, są przemili, ale nie bezinteresowni. W związku z czym, rysują się przed Tobą tylko dwa plany działania. Godząc się na bezlik uprzejmości możesz być pewien, że za kilka godzin pozbędziesz się kieszonkowego, rozdając je w podzięce za ofiarność swoim prywatnych przewodnikom i tragarzom. Odrzucając pomoc tutejszych dobroczyńców nie należy obdarzać ich zbytnią uprzejmością, gdyż nie dadzą Ci spokoju widząc w Tobie łatwą zdobycz. Zwykłe NIE! powtórzone 20 razy powinno w zupełności wystarczyć. Jeśli postanowią połamać Ci nogi (przekleństwa w 5 językach świata na porządku dziennym), to możesz przynajmniej odetchnąć z ulgą i odpełznąć bez wyrzutów sumienia, że nie podarowałeś uboższym od siebie (lecz łotrom) swoich monet. Jeżeli zaś okrucieństwo Twoich decyzji spędzać Ci będzie sen z powiek, wróć z misją humanitarną.

Na zdjęciu: Mieszkaniec Tangeru legitymujący się dokumentem wydanym przez Tangerskie Zrzeszenie Przewodników Turystycznych. Tangerskie Zrzeszenie Przewodników Turystycznych nie istnieje. W tle hydraulicy, stolarze i fachmani wszelkiej maści, gotowi do podjęcia pracy. A nuż przyjdzie lepszy dzień.


 

9

Obrzeża Medyny. Z każdą kolejną minutą pobytu w Tangerze zdajesz sobie sprawę, że najprawdopodobniej jesteś najbogatszym człowiekiem w przestrzeni kilku kilometrów. Mogą Tobą targać zupełnie skrajne odczucia, bo oto okazujesz się być panem życia, możesz kupić wszystko i wszystkich, a z drugiej jednak strony (jeśliś człek rozumny i z sercem miększym od kamienia), prędzej czy później dopadnie Cię przygnębienie i zakłopotanie. Bo za te Twoje kilka złotych monet, które wrzucasz do automatu z grami, znudzony przedłużającym się oczekiwaniem na przybycie promu, ktoś mógłby wyżyć tutaj przez dzień jak nie kilka. I za ten Twój kurs w jedną stronę przez Gibraltar, ktoś mógłby opłacić zaległy czynsz za miesiąc z okładem, jak nie kwartał.


 

18

12

A więc nędza. Wszechobecna. Im bliżej centrum starej Medyny tym bardziej kole w oczy. Ale czy to bieda rzeczywiście? Czy to im licho się wiedzie, czy może nam, Europejczykom, przyzwyczajonym do wygód, uciech i rozpusty bezwstydnikom wiedzie się znacznie ponad stan, a i tak zdaje się nam żyć marnie? Prawda ponoć, zawsze po środku wypada. Ponoć.


 

11

7

Owszem, spacerując wąskimi uliczkami Medyny, można od czasu do czasu ustrzelić piękną fotografię, lecz ich uroda zawiera się głównie w uchwyconej na kliszy egzotyce. O ile mi wiadomo, nikt jeszcze pięknem w piecu nie napalił, a i dzieci, zdaje się, nakarmić nim niełatwo.


 

4

Pieniądze. Banknoty i monety z portretem obecnego króla Maroko, Muhammada VI (i jego ojcem, poprzednim monarchą). Wyobrażasz sobie takie z naszym cesarzem?


 

3

Cafe Central w Petit Socco. Gorąca, marokańska mięta z cukrem. Trunek popijany w ulubionej kawiarni Williama Burroughsa i Trumana Capote smakuje nie inaczej, a tak samo jak w kawiarniach, za którymi nie przepadali. Nie zmienia to jednak faktu, że owo miejsce zdaje się być najbardziej przyjazne obcokrajowcom w dzielnicy dawnego, centrum nielegalnej prostytucji i innych, niechlubnych obyczajów. Amerykańscy artyści i pisarze, szukali natchnienia na zakurzonych ulicach Tangeru i to zdaje się być całkowicie zrozumiałe. Natchnienia tu pod dostatkiem.


 

26

27

Grand Socco. Ścisłe centrum Tangeru, oddzielające nową część miasta od wzniesionej na przybrzeżnych wzgórzach, enigmatycznej i przesiąkniętej zapachem stęchlizny Medyny. Na placu kulturalny kaganek. Kino i premiera filmu Jarmuscha, kręconego zresztą w Tangerze. W około liczne kawiarnie i restauracje. Kelnerzy nawołują przechodniów wymieniając serwowane potrawy, jednocześnie sprzedając haszysz mniej lub bardziej podejrzanym jegomościom. W tym biznesie siedzą również najmłodsi, od kołyski ucząc się fachu i przedsiębiorczości.


 

16

13Jeśli jesteś młodą blondynką o powabnych kształtach nie zapuszczaj się w pojedynkę na spacery po Medynie. Nieludzko przystojni szatyni również wzbudzają niebywałe zainteresowanie. Wiem z autopsji. Najgorzej uczynisz wędrując o zmroku. Niech Cię reszta mądrości broni przed tym czynem. Sam zgubiłem się w labiryncie ścieżek dwukrotnie i trzeci raz postanowiłem nawet nie kręcić się w ich rejonie. Dla własnego dobra. Orientację w terenie (na moje szczęście) straciłem za dnia, o poranku. Wszystkie tangerskie draby odsypiały nocne harce, opłacone zrabowanymi pieniędzmi i kosztownościami.


 

10

Otulony ciemnością, sam mógłbym paść ofiarą grabieży, bo magia Medyny polega na przekształcaniu się, w jednej ledwie chwili, z tłocznej ulicy w opustoszałą alejkę ze skrzypiącymi drzwiami i płaczem niemowlęcia. Lub całkowitą ciszą, mrokiem i odgłosem zbliżających się kroków. Lub mamrotem kiwającego się starca i badawczym spojrzeniem zza firan. Z zaciemnionej bramy, dwumetrowy king kong nie spuszcza Cię z oka, gdy przemykasz pomiędzy rozprutą kostką brukową. A potem znów martwa cisza i nagle złowrogie mruknięcie anorektycznego kota, co odkąd wyszedł z matczynego brzucha nie widział jedzenia. Z oddali donośne okrzyki muezinów z minaretu. Wzywają wiernych. Czas modlitwy. Czułem niezdrowe podekscytowanie, przyznaję. Jednocześnie ogarniał mnie lęk i fascynacja. Chciałem uciekać i zostać jak najdłużej dla dobrej fotografii i tej wyrazistej niecodzienności. Ostatecznie, rozsądek zwyciężył. Choć kto wie czy było to potrzebne? W gruncie rzeczy, wciąż nie mam pewności, kto tu jest większym dzikusem. Mieszkańcy Tangeru dla przybysza zza wielkiej (i mniejszej) wody, czy może jednak na odwrót? Mimo to, dla świętego spokoju, część zdjęć wykonywałem „z klatki piersiowej”. Dla nie-po-zna-ki. Okazało się, że nie ja pierwszy wpadłem na ten błyskotliwy pomysł, a tubylcy zaznajomieni ze zwyczajami odwiedzających ich fotografów rzucali, raz po raz, ciche „no foto”.


8

To nie jest naturalny widok w Tangerze. Zwykły turystyczny bubel. Pic. Spektakl na dziedzińcu zamku Kasbah. Za drobne na słonecznik można zrobić zdjęcie. Ten człowiek żyje dostatnio. Widać warto mieć węża w kieszeni.


 

25

20

21

Miejski plac handlowy. Mieszkańcy miasta i okolic, żyją głównie z handlu. Nawet jeśli Tangerczycy oszukują Cię zawyżając cenę boś majętny turysta z północy i tak czujesz się, jakbyś to Ty ich robił w konia. To zdrowy układ. Ceny żywności są śmiesznie niskie, a mimo to z każdym sprzedawcą wypada się targować. Między rzeszą klientów kręcą się złodzieje i żebracy. Czasem trudno rozpoznać, kto się którym fachem trudni.


 

23

24

Targ rybny. Higiena przede wszystkim. Przedstawicieli marokańskich sanepidów nabija się na pal, suszy i sprzedaje jako baraninę.


 

22

Gdyby człowiek mógł żyć o samych oliwkach, w Tangerze robiłby to za pół darmo.


 

32

29

Stara część miasta zdaje się być jednym wielkim targowiskiem. Wypada patrzeć pod nogi, by nie rozdeptać cudzej sałaty. Sprzedawcy zachęcają do zakupów i nawet jeśli wyzywają Cię od kulawej kozy, Ty i tak grzecznie się uśmiechasz i dziękujesz, bo przecież nie rozumiesz ani słowa. Wrażenie gruntownie wykształconych sprawiają wędrowni sprzedawcy haszyszu, rzemyków i wisiorków. Odgadują Twoją narodowość i krzyczą wesoło „Boniek! Lato! Deyna!” Już po Tobie. Kupujesz albo udajesz, że nie znasz się na piłce.


31

6

Handel. Jeszcze więcej handlu. Na każdym kroku stoiska, sklepy i targi. Legalnie, na dziko, na pieszo, na motorze. Każdy pragnie obdarzyć Cię oferowanym dobrodziejstwem, za niewygórowaną cenę. Zawsze jesteś na czyimś celowniku. Tu nauczysz się odmawiać jak nigdzie indziej na świecie. Idealny trening Twojej marnej asertywności.


 

17

34

Wpływy kultury amerykańskiej. Rzadkie, lecz jakże zauważalne w tak odmiennej rzeczywistości Tangeru. W okolicy Petit Socco odnaleźć można co najmniej kilka lokali o szyldach złożonych z nazwisk gwiazd amerykańskiej popkultury lat 50.


 

38

Plaża rozciągająca się wzdłuż całego miasta. W tle uboga Medyna wyrastająca ze wzniesienia. Mieszkańcy Tangeru traktują tutejszą plażę jak park miejski. Pary przechadzają się brzegiem morza, ukradkiem wyznając sobie uczucia zupełnie po europejsku, za co może ich czekać kara. Policja obyczajowa czuwa. Sam byłem świadkiem zatrzymania młodej pary za publiczny pocałunek. Na nic się zdało tłumaczenie i małżeńskie obrączki. Zniknęli za rogiem w obstawie konnego patrolu.


 

35

Młodsza część miasta. Hotele rosną jak grzyby po deszczu. Turystyka kwitnie. Złote lata tangerskiego kapitalizmu. Bogaci się bogacą, biedni może coś wydębią. Takie prawa rynku. Smutny to widok i przyznam szczerze, że sam czułem się nieco nieswojo z myślą, że zaprasza się mnie do marokańskiego królestwa, bym nacieszył oko główną jego atrakcją, egzotyką skrajnego ubóstwa. Ściśle mówiąc, byłem tym faktem zniesmaczony.


 

37

Nieczęsty widok w Tangerze, samochód wart więcej niż ćwierć miasta. Ale nie łudźcie się. Rejestracja europejska.


 

36

Ten obrazek mówi sam za siebie. Oswojona statua wolności w niepełnej burce. W lewej dłoni Koran. W prawej latarnia na wzór pochodni. Niedziałająca. W tle jeszcze więcej przyszłych hoteli. I tym optymistycznym akcentem, pragnę zakończyć powyższą fotorelację. Dziękuję. Dobranoc.


TU – facebook.