Bardzo zły film, Borgman. Anieli płaczą. Bóg umarł. Niebo się wali.

borgman 1

Borgman to bardzo zły film, spektrum zła obejmujący swymi kostuszymi szponami. Film złem będący. Zła studium. A sam nasz przemiły bohater z jego tytułem w nazwisku, złem infekuje i jego wcieleniem się być zdaje. Koszmarem zarazem, co dusi nas nocą przysiadłszy na sercu, łypiąc ślepiem otwartym w nasze ślepie zamknięte. A groza już z plakatów dyszy w naszym kierunku. Tuż pod nieotrzymanymi statuetkami ze złota i niedorzecznymi hasłami z mniej cennych kruszców ulepionych, niepokój wyczuwalny, zimny dreszcz co najmniej. Możemy mniemać, że do czynienia mamy z opowieścią o źle właśnie. Bo mieć mamy. Możemy mniemać, że oto burżuj jeden z drugim doczekał się prywatnego armagedonu, za swoje winy niezliczone ponosząc srogą karę. Oto objawił się mściciel okrutny, co ku przestrodze, palcem nam kiwa ze srebrnych ekranów. I całe szczęście, że to nie my ścielemy sobie zbyt wygodne łoża i nie my najmujemy fachmanów od naszych ogrodów. Bo uczciwiej jest biedę klepać po cherlawych plecach. Bo nikt z takim niedobrym Borgmanem jak ten jeden właśnie, mieć do czynienia by nie chciał.

Spadł na ziemię, by wzmocnić swe szeregi. Szykuj się na…

A może połóżmy kres sztafetom interpretacyjnych dywagacji, bo ja lubię za Toporem powtarzać, że wszyscy jesteśmy robaczki obrzydliwe i nie ma co życia brać nazbyt poważnie. To i filmowych przekazów przeceniać nie warto. Zwłaszcza, jeśli ich brak, celowo. Lub reżyser film tworzyć postanowił nie oczami, a jądrami – jak mawiać zwykł drugi z członków Mouvement Panique, niejaki Jodorowsky. Bywa bowiem, że nieistniejące nazywacie niewidocznym, w procesie wyłuskiwania prawd utajonych. Bo nauczano Was, że  sztuka co nie kryje w sobie choćby ziarnka filozofii głębszych, czy wcale nie ociera się o dydaktykę i z grubsza odbiega od roli świeckiego moralitetu, to sztuka malutka – bzdura wierutna. Wszystkie te przerosty formy nad treścią, na których zdzieracie gardła strzępiąc języki – bzdura wierutna. Tak jakby sama forma treścią być nie mogła. I tu jest pies pogrzebany i donośnie wyszczekujący, że jest! Częstokroć, a im częściej tym lepiej. By film mógł być „filmem”, a nie „filmem o”. I Borgman jest Borgmanem właśnie. Cała w tym zasługa Alexa van Warmerdama, który ową nocną marę wyśnił, spisał i zwerbował ekipę do jej zobrazowania. A i producentom ukłony składać wypada za otwarty skarbiec i pieniądz, klejnot burżuazji poświęcony na dzieła realizację.

borgman 2

Zatańczmy więc. Alex van Warmerdam zaprasza. Równym tempem nas prowadzi, odrobinę kołysząc z boku na bok i co rusz, nieprzyzwoicie puszczając oko. Niemrawo. Jest szansa na przeoczenie faktu, że oto próbuje się nas zaczarować ponurym żarcikiem. A się próbuje. Ze skutkiem rozmaitym, w zależności od widza upodobań. Są tacy co nie lubią, gdy się autor z widzem spoufalać postanawia lub powiekami wachlując zdradza swoje brzydkie zamiary popsucia pospolitych konwencji już na samym starcie. A ja lubię i tańczę. Głębokie uczucie do groteskowych kompozycji objawia się we wszystkich bodaj filmach reżysera, który od niedawna zajmuje pierwsze miejsce na liście moich ulubionych holendrów. To co zasadniczo różni Borgmana od poprzedników, to upojny romans szkaradnie czarnego humoru z przepięknie wyczarowanym, realnym uczuciem niepokoju i przeczuciem czegoś, co zdaje się nadciągać. Czegoś, co w tym przypadku zwać należy makabrą lub właśnie: bardzo złym złem. Z prawdziwą gracją, w proporcjach arcymistrzowskich, ale i tu schematy łamiąc pojedynczymi ciosami. I to na długo zanim truchtający obertas przeistoczy się w abstrakcyjny taniec śmierci, a Mefistofeles wyostrzy swój miecz, by ciąć dobro na wiór.

camiel borgman

I wtem, zaczynają się dziać rzeczy niepojęte, a ich niepojętość pięknem samym w sobie być się zdaje. Alex van Warmerdam jeszcze nigdy dotąd z taką miłością nie mordował swoich bohaterów. Anieli płaczą. Bóg umarł. Niebo się wali. Znikąd pomocy, bo każda fikcja choć wyje i skomli jest zniewolona i zdana na łaskę swego stwórcy. I fikcja taka, bidula, mogłaby liczyć, że ją kto pogłaska, ale nie Warmerdam. Prędzej uszczypnie boleśnie i charty napuści złowrogie, by postraszyć zwierzynę. To zbir i sadysta. Ale taki z pomysłem i błyskiem w oku i taki, co uśmiech szelmowski rozwiesza pomiędzy uszami, że aż pragniemy kły prezentować w duecie. Tak więc, dla wzmożenia fikcji lęków, ograniczył plan zdjęciowy prawie wyłącznie do posiadłości familii napastowanej przez licho z lasu, inkuba w ludzkim ciele. Celowo i słusznie. Taktyka stosowana wielokrotnie przez największych okrutników w historii kina maści wszelakich, choćby przez Bergmana (nie mylić z Borgmanem), choćby w „Jak w zwierciadle”. Heneke też się poznęcać tą metodą lubił, co na dobre mu wyszło. A po co? By usypać piaskową linię pomiędzy światem realnym a odrealnionym, a i w celu budowy sceny absurdalnych zbrodni. Takiej co się na niej tańce odprawia i kłania widowni w pas po udanym przedstawieniu. A Borgman do takich się zalicza. I tu skończę, bo na co tyle słów, kiedy to nie czytać a oglądać należy?

Teraz, gdy już wiecie, że warto, spiszę pozostałe powody, dla których warto dwukrotnie mocniej:

  • Borgman to jedyny holenderski film, który w ciągu ostatnich 38 lat otrzymał nominację do Złotej Palmy.
  • Alex van Warmerdam nie jest reżyserem, jest konstruktorem.
  • W swoim poprzednim filmie, Alex van Warmerdam wystąpił w roli psa.
  • Film został nakręcony w Holandii. Ja mieszkam w Holandii i również polecam.
  • Poprawna wymowa nazwiska „Borgman” to „Borhman”. Dydaktyki może brak, ale lingwistyki tak wiele.
  • Grany przez rewelacyjnego Jana Bijvoeta, Borgman jest odzwierciedleniem „Dziada”, którego przybyciem straszono nas za oseska, gdy po dobroci nie chcieliśmy położyć się do łóżek. Choć może tylko ja jeden mam tak urocze wspomnienia z lat najmłodszych.
  • Obraz zamieszczony poniżej, The Nightmare Johanna Heinricha Füssliego, należał do głównych inspiracji Warmerdama. Filmowa Marina to śpiąca niewiasta. Borgman to personifikacja humanoidalnego stwora. Niestety, w dalszym ciągu nie odkryłem kto jest koniem.

nightmare

kreskaTU – przeczytasz o równie niesamowitym „Holy Motors” Leosa Caraxa.
TU – przeczytasz o równie złym „Palaczu zwłok” Juraja Herza.
TU – jeśli pozwolisz, będę nękał Cię systematycznie.