Krótka historia o tym, jak chciałem być dobrym obywatelem, ale mi nie wyszło.

stare gazety

Nie. To nie jest opowieść o tym, jak postanowiłem wstąpić do jednostki ochotniczej straży pożarnej, ani o tym jak dobrowolnie oddałem działkę pod budowę autostrady. Dobre i drobne uczynki też ponoć mają znaczenie. Jak głosił Norwid: „Ojczyzna to wielki, zbiorowy obowiązek”. Więc i ja postanowiłem dorzucić coś od siebie. Co prawda, wzorowym obywatelem byłem już od oseska. Nigdy nie zalegałem z czynszem, z radością oddawałem swoje opodatkowane dochody (dopóki nie wyjechałem z kraju) i zawsze, ale to zawsze, płacę wszystkie mandaty za brak biletu w komunikacji miejskiej. Tym razem miałem szansę dołożyć swoją cegiełkę do rozwoju polskiej kultury. Być może nie cegiełkę a kamyczek, okruch mizerny, pyłek. A nuż przyczyniłbym się do jakiegoś dyplomu, choćby i oblanego, ale jednak.

Oto co się wydarzyło.

Skrzyżowanie biegu wydarzeń, obrotów spraw i zbiegów okoliczności sprawiło, że w jednym momencie stałem się posiadaczem 10 kilogramowego pliku gazet, którymi mógłby obłożyć cały kiosk i udawać, że oto dalej mamy PRL, a po śniadaniu puszczą Teleranek. Były to bowiem egzemplarze sprzed 33, a nawet i 39 lat, z numerami wydanymi na chwilę przed wprowadzeniem stanu wojennego. A więc bardzo przyjemny kawałek historii. Nie tylko historii Polski, ale i samej prasy, kultury, cenzury, obietnic, kłamstw i nadziei. Pech chciał, że tak szybko jak zostałem obdarzony tym świetnie zachowanym, masywnym kawałkiem dobra, tak szybko musiałem się go pozbyć. Nie upchnąłbym go w moim małym, holenderskim domku, a do Polski z emigracji wróciłem wyłącznie po resztę rzeczy i zakopać swoją dawną, wrocławską norę. Moje serce łkało cicho na samą myśl o wiekowych egzemplarzach Literatury, Polityki, Rzeczywistości gnijących gdzieś w kontenerze z odpadkami organicznymi, tygodniku Kultura wraz z Kapuścińskim z pierwszych stron moknącym na deszczu pod osiedlowym śmietnikiem. Łkało na myśl o Studencie i Tygodniku Solidarność z Wałęsą pod głównym lidem, na którym jakiś dachowy sierściuch rozkładałby się wygodnie pałaszując resztki makreli. Postanowiłem więc spełnić swój obywatelski obowiązek.

gazety

Chwyciłem 10 kilo pod pachę i ruszyłem do publicznej biblioteki. Pani za biblioteczną ladą, kończyła właśnie drugie śniadanie, na twarzy wypisane grubym drukiem zdumienie i zainteresowanie, którym zaraziła pozostałe koleżanki krzątające się pomiędzy regałami. Spoglądały na mnie z niedowierzaniem kiedy grzecznie i z nadzieją, że zostanę wynagrodzony szczerym uśmiechem za swoją wspaniałomyślność, wyjaśniłem powody swojej wizyty i zapytałem:

„Czy zechcą Panie przyjąć ów dar…”

Odpowiedź była krótka, ale wymowna. Nie zechcą. Preferują raczej prasę kobiecą. Rozejrzałem się po tamtejszej czytelni, para oczu wyjrzała z nad Twojego Stylu, kolejna z nad Pani Domu. No dobra. Powędrowałem więc dalej, do pobliskich bibliotek miejskich, nie tracąc entuzjazmu, bo przecież była to wędrówka obywatelska, dla miasta, dla społeczeństwa, dla ojczyzny.

nie rzucił ziemi

Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że stąpam drogą krzyżową, ale już za chwilę miałem nie mieć co do tego najmniejszych wątpliwości.

„Pan odda na makulaturę, to jeszcze sobie zarobi.”

Jak to tak? Na makulaturę? Polską poezję?! Prozę?! Eseje?! Felietony?! Kapuścińskiego?! Pietrasika?! Siedlecką?! Poćwiartować?! Zmielić na miazgę?! Na wiór?! Przetworzyć?! Na etykiety od klopsów?! Na papier toaletowy?! Skandal! Tak się darłem. Gdzieś w głębi, bo rzeczywistości, wykrztusiłem z siebie ciche „Do widzenia” i wróciłem zdruzgotany do swojej nory. Lata już nie te co kiedyś i ręce mi ścierpły od dźwigania. Następnego dnia postanowiłem podjąć ów wysiłek na nowo. Tym razem bez gazet. Słowem wojując! Zachęcając i przekonując, że warto. A jak będzie trzeba to i szablę wyciągnę! Przegrałem. Biblioteki nie chciały. Bo kto to będzie czytał? Bo zaraz zamykają. Bo lepiej do Dolnośląskiej. Bo nie.

oko w oko

Czas naglił, gdyż za dni ledwie kilka czekał mnie wylot z kraju. Należało działać szybko. Zadzwoniłem do Dolnośląskiej Biblioteki Publicznej, ale musiałem trafić na porę lunchu, bo nikt nie odebrał. Godzinę później dalej jedli. Następnego dnia także. O losie okrutny! Czym sobie na to zasłużyłem? Podłamany, zdecydowałem się zachować wybrane egzemplarze, lecz wciąż gryzło mnie sumienie. Co zrobić z resztą? Postanowiłem raz jeszcze skontaktować się z DBP we Wrocławiu. Bezpośrednio z działem gromadzenia zbiorów. Drogą mailową. Aby nie tracić czasu, napisałem również do tutejszej Solidarności i wrocławskiego oddziału IPN. A co?!

Solidarność mnie olała. Dolnośląska Biblioteka także. IPN jako jedyny odpisał. Podziękował za kontakt, wytłumaczył swoją odmowę . „(…) chętniej gromadzimy druki, ulotki i broszury bezdebitowe  (podziemne), które społeczeństwo PRL rozpowszechniało i traktowało jako formę oporu przeciwko panującej władzy. (…)” No i ja to rozumiem. Szanuję decyzję i dziękuję za jakąkolwiek odpowiedź. To był koniec.

klarowny obraz

Rano, spakowałem gazety do plastikowego wora i zostawiłem na przystanku autobusowym, z którego odjechałem w stronę lotniska. Pewno skorzystał na tym przypadkowy Pan Włodzimierz i w skupie makulatury wymienił Wałęsę na kilka puszek piwa, a dziś, miesiąc po opisanych wydarzeniach, obywatele Polski podcierają sobie Kapuścińskim kolokwialną dupę.

„Więc to nie tak jak było w książkach, więc to nie tak jak na polanie…”


TU – facebook.