Kultura kultu. Ikony popkultury do utylizacji.

bitlesi

Jak działają machiny popkultury? Co decyduje o popularności na wielką skalę? Nie istnieje przecież, jedna idealna recepta na sukces. Nie wszystko co ładne i gładkie odpowiada gustom masowego odbiorcy. To byłoby zbyt proste. Tylko zupełni ignoranci wierzą w zasadność tej tezy. I choć w basenie chwały taplało się już wielu artystów, to tylko nieliczni z nich unoszą się na powierzchni od dekad i unosić będą przez najbliższe stulecia. Bo kiedy popularność przemija, większość z nich idzie na dno, nieliczni jednak szczycą się statusem, który przyjęło się nazywać ikoną.

I tak oto, nikomu z nas nie jest dziś obca postać Davida Bowiego, Andy’ego Warhola czy Jamesa Deana. Nie wypada dziś nie znać postaci pokroju Jimiego Hendrixa i Fridy Kahlo. Prawdą jest jednak, że nawet gdybyśmy próbowali mocować się z tą zakotwiczoną w naszych umysłach wiedzą, mass media i otaczająca nas rzeczywistość nie pozwolą nam nigdy zapomnieć. Bo nie dość, że kulturę kultu najłatwiej budować na kilku ledwie filarach, to przecież na cudzej popularności zarabia się pieniądze i każda ikona, prędzej czy później, staje się swoistym produktem. Widzimy ich twarze na plakatach, pierwszych stronach gazet, uśmiechają się do nas z koszulek nastoletnich melomanów, przypinamy ich do klapy marynarek, wieszamy nad łóżkiem, nie pomija się ich w radiowych playlistach i audycjach tematycznych. Ale czy ich wartość startowa w istocie nie różni się od tej wyhodowanej i pielęgnowanej latami przez ogrodników biznesu? Czy rzeczywiście przyozdabialibyśmy proporczykami tych, których dziś zdobimy, gdyby namiętności kapitalistyczne nie dopadły świata sztuki (jak i pozostałych odłamów kultury) i nie utrwalały w naszych umysłach widm i pulsującego echa?

elvis

Nie silę się na umniejszanie zasług Wielkich Popularnych, pragnę jedynie byśmy oddali nieikonowym to co się im należy. Nie trudno bowiem dostrzec, że tworzenie ikon, ich długotrwała pielęgnacja i ograniczenie się do zamkniętych kanonów, prócz wąskiego ukierunkowywania percepcji dzisiejszych uczestników kultury, posiada inne parszywe umiejętności. Krzywdzi wszystkich nieukoronowanych twórców, którym odbiera się nie tyle dobre, co jakiekolwiek imię. Wartości mierzone w sprzedaży płyt czy obrazów nie są dla mnie żadnymi wartościami i jeśli nie masz finansowych udziałów w projektach, które odnoszą komercyjne sukcesy, to i Ciebie powinny one ziębić. Wyrazistość, owszem, jest cechą wspólną bożyszczy popkultury, ale ograniczanie się do jednej, najbardziej nawet charakterystycznej postaci czy zjawiska, to zdecydowanie za mało, by cały ruch, gatunek, dziedzinę, kierunek przy jej pomocy objąć klamrami. A przecież, to chleb powszedni, który łykamy bez popijania.

Pojmuję, że posługiwanie się spopularyzowanymi w kulturze symbolami znacznie ułatwia dyskusję na jej temat. Ale jak każde uproszczenie, spłycają one ów dialog do cna. Dlaczego więc to robicie? Czy Wasi rozmówcy, słuchacze, czytelnicy, odbiorcy to pozbawieni umiejętności przyswajania wiedzy kretyni? Za takich ich macie? Poszerzanie własnych i cudzych horyzontów nie należy do Waszych kompetencji? Jest nieopłacalne?

dali

Sztuka to materie zróżnicowane i to zdajecie się wszyscy doskonale rozumieć, mimo faktu, że zatrzymujecie się na pewnych jej płaszczyznach, jak gdyby dalsza kontemplacyjna wędrówka sprawiała nieznośny ból, parzyła Was w stopy. Wy, którzy przemawiacie do mas, dajcie im choć promyk nadziei, że kubizm to nie tylko Picasso. Surrealizm to nie tylko Dalí. Francuska Nowa Fala to nie tylko Godard. Otwórzcie ich umysły i dajcie wybór. Przekonajcie, że jazz to nie wyłącznie Miles Davis. Rock progresywny to nie tylko Pink Floyd. Blues to nie Eric Clapton. Do diaska! Ocknijcie się, bo kształtujecie pokolenia ślepców.

„Mnie się podobają melodie, które już raz słyszałem”

Inżynier Mamoń

kreskaTU – relacja z koncertu ikony muzyki folk, Boba Dylana.
TU – dowiesz się dlaczego krytyka filmowa schodzi na psy.