„Inside Llewyn Davis” – pieśń Van Ronka i piękne kłamstwa braci Coen

co jest grane davis

„Nie tęsknisz za tym, czego nie znasz” – głosi jedno z pierwszych zdań zastygłych na stronicach „The Mayor of MacDougal Street”, książki będącej zapisem wspomnień Dave’a Van Ronka.Człowieka, o którym z całą pewnością większości z Was nigdy nie było dane usłyszeć. Przedstawiciela amerykańskiej sceny folkowej z okresu jej wielkiego odrodzenia w latach 50. i 60. ubiegłego wieku. Światową popularność osiągają nieliczni. Van Ronk do nich nie należał, a po seansie „Inside Llewyn Davis” podważać można słuszność przytoczonego powyżej cytatu, jakoby świadomy swych talentów artysta z tysiącem pieśni w kieszeniach przetartej marynarki nie odczuł choćby drobnego pragnienia, eterycznej tęsknoty za tym czego los nigdy nie podarował mu w prezencie.

Piękne kłamstwa.

Należy oczywiście pamiętać, że Joel i Ethan Coen scenariusz swojego filmu oparli o historię Dave’a Van Ronka w sposób luźny, nieskrępowanie modelując jej przebieg, snując fantasmagorie wzdłuż betonowych chodników nowojorskiego Greenwich Village i wokół zacienionej sceny legendarnej The Gaslight Cafe. Nie jest to w żadnym wypadku próba filmowej rekonstrukcji odległej już rzeczywistości, ani tym bardziej audiowizualna transformacja chronologicznie spisanej na papierze biografii folkowego barda. Nie mam wątpliwości, że piękne kłamstwa braci Coen są jedną z głównych zalet „Inside Llewyn Davis”. Spojenie fantazji z faktami przędzie nić opowieści rozwieszonej pomiędzy ciasnymi klamrami siedmiodniowego wyrywka z życia Van Ronka (nazywanego dalej Davisem), tworząc zarys wydarzeń, miejsc i postaci ówczesnego, nowojorskiego światka muzyki folk, w formie przejrzystej esencji.

inside-llewyn-davis

„Inside Llewyn Davis” to twórczy hołd dla historii, admiracja będąca filmowym coverem „tradycyjnych pieśni”. Pieśni, po jakie sięgali, bez wyjątku, Bob Dylan, Joan Baez, Woody Guthrie, Pete Seeger, Odetta czy sam Dave Van Ronk.

Z czym do ludzi?

Oddzielając realia od filmowej kreacji, „Inside Llewyn Davis” jest dramatem okraszonym wyrazistym coenowskim dowcipem tragikomicznym. Łatwo dostrzec podobieństwo do precyzyjnie skonstruowanej farsy z innego filmu braci Joela i Ethana – „The Big Lebowski”. Llewyn Davis należy bowiem do tego samego kolektywu nieszczęśliwców co Jeff „Dude” Bridges, tyle tylko, że w przeciwieństwie do ospałego miłośnika „śmiesznych papierosków” i gry w kręgle ma nieco wyższe ambicje. Jako muzyk i piosenkarz cieszy się jako taką popularnością w The Gaslight Cafe i podobnych jej folkowych oazach. Nie przekłada się to na sprzedaż płyt, więc od wydawcy wraca najczęściej z pustymi rękoma, co zmusza go do okupywania tapczanów swych przyjaciół, kochanek i ówczesnych kompanów z muzycznego placu broni. Czarne chmury, jak przeklęte fatum, zawisły nad głową Davisa i zdaje się, że w oddali rozbrzmiewa tykanie zegara odliczającego czas do nadejścia ulewy. Próby odmiany złośliwego losu przeplatają ucieczki kota, którego imię jest alegorią perypetii głównego bohatera i swoistą podpowiedzią do odczytu filmowej narracji, zamkniętej w klamrowej kompozycji.

INSIDE LLEWYN DAVIS

A czy warto?

Z pośród wszystkich drobnych i drobniejszych walorów „Inside Llewyn Davis”, wyłaniają się trzy znaczące atuty, które nie pozwalają przejść obok niego obojętnie.

Po pierwsze, jest to atrakcyjnie zbudowany, rozrywkowy, a jednak nie ogłupiający film Coenów z interesującymi kreacjami aktorskimi. Oscar Isaac w roli Davisa radzi sobie znakomicie, nie tylko przed kamerą, ale i przed mikrofonem. Rewelacyjny John Goodman bawi butnymi monologami, a Carey Mulligan powtarza angielską obelgę „asshole” zdecydowanie więcej razy niż w całej swojej dotychczasowej karierze aktorskiej, co oznacza jedno, tym razem nie obsadzono jej w roli serdecznej dziewoi. Trzeba przyznać, całkiem znośny Justin Timberlake, który choćby nawet zaczął grywać główne role u Jean-Luca Godarda, zawsze przywodzić będzie na myśl bojsbendowy aerobik lat 90. i nieszczęsny klub myszki miki. Być może odnajdziecie w sobie więcej miłosierdzia. Ja nie wybaczam nigdy.

Po drugie, historia nietuzinkowego Dave’a Van Ronka opowiedziana w najbardziej nawet fikcyjny sposób to (jak wspominałem) pośmiertny hołd dla niedocenionego, acz wpływowego artysty epoki folkowej rewolucji. We wczesnych latach 60. był on mentorem dla takich młokosów jak znany nam doskonale, wielki Bob Dylan, który podczas wizyt w Greenwich Village wielokrotnie sypiał na kanapie Van Ronka, a w udzielanych prasie wywiadach powtarzał, że jego marzeniem jest zyskanie popularności Dave’a. Guwerner Dylana był wyśmienitym muzykiem, odpornym na rwący nurt pop maszynerii, porywający po kolei artystów, wydawałoby się, stojących po stronie awangardy. I to mogło być przyczyną jego zguby. Bracia Coen przybliżają nam amerykańskie pieśni tradycyjne, te wykonywane przez Van Ronka jak i pozostałych, ówczesnych muzyków folkowych.

Po trzecie, muzyka właśnie. Pod przewodnictwem uznanego w branży T Bone Burnetta, grupa muzyków, aktorów, a nawet sami reżyserzy tchnęli w równie piękne co zapomniane melodie zupełnie świeży żywot. I choć część z nich może brzmieć dziś odrobinę cukierkowo, a nawet groteskowo, to bliżej nieokreślone uczucie melancholijnej tęsknoty za czymś odległym udziela się nie tylko urodzonym przed rokiem 1960. Ścieżka dźwiękowa do „Inside Llewyn Davis” ma szansę zgarnąć najważniejsze nagrody w swojej kategorii i ja podpisuję się pod jej kandydaturą dwiema rękami.

oscar isaac llewyn davis

I po co to wszystko?

Zabierają nas, Bracia Coen, w sentymentalną podróż do odległej rzeczywistości, ale nawet jeśli Twoje zainteresowanie okresem kwitnącej popularności amerykańskich tradycji muzycznych jest nikłe, to w niczym nie przeszkodzi. „Inside Llewyn Davis” opowiada nie tylko o karykaturalnym pechowcu, lecz również o cenie surowej autentyczności jaką próbowali zachować (z lepszym lub gorszym rezultatem) piosenkarze folk końca lat 50. „If it’s never been new and it never gets old, it’s a folk song”. Słowa padające z ust Llewyna doskonale ukazują ideę, noszoną przez niego i jemu podobnych w sercach. Jest taka scena w filmie, gdy na deski The Gaslight Cafe wychodzi dobrze nam znany gołowąs o charakterystycznym, chrapliwym głosie. Wykonuje okrojoną i dokumentnie odmienioną wersję tradycyjnej „The Leaving of Liverpool” zatytułowaną dla niepoznaki „Fareweel”. W tej samej chwili, Llewyn Davis wybywa na tyły klubu i z refrenem świętokradczej pieśni w tle dostaje solidny łomot. Symbolikę wymownej sceny można odczytać na wiele sposobów. Ja mam pewien koncept, pozwolę jednak każdemu dojść do tego o własnych siłach.

(Ponieważ, nie przepadam za trailerami filmowymi, zostawiam Was z dwoma pięknymi aranżacjami utworu „Dink’s Song”. Współczesną – filmową i tą autentyczną – z głębi Dave’a Van Ronka.)

kreskaTU – relacja z koncertu Boba Dylana w Amsterdamie.
TU – relacja z koncertu Sixto Rodrigueza.