Krytyka filmowa schodzi na psy i są to psy kulawe

krytyka filmowa

Kino Nowe Horyzonty. Wrocław. Seans w ramach pokazów Lux Prize. Dyskusja po zakończeniu filmu „The Selfish Giant”. Aby uczynić ten wpis mniej hermetycznym, na wstępie przybliżę z czym mamy do czynienia.

Olbrzym-samolub to brytyjski dramat luźno oparty na opowiadaniu Oskara Wilde’a o tym samym tytule. Arbor, cierpiący na ADHD nieokrzesany czternastolatek nie potrafi odnaleźć swojego miejsca w wystarczająco już demoralizujących realiach dysfunkcyjnego społeczeństwa. Wraz z jedynym przyjacielem, Swiftym, zarobkują dorywczo, by pomóc swoim zadłużonym rodzinom. Niestety, apetyt rośnie w miarę jedzenia, co w tym przypadku doprowadza do tragedii.

Film Clio Barnard nie jest wyłącznie surową adaptacją popularnej bajki irlandzkiego poety. Jest to również social realistyczna opowieść o jednostkach wyklętych, o swego rodzaju życiowej niemocy, marzeniach, jak i o przyjaźni, będącej wręcz książkowym przykładem platonicznej miłości o współczesnych kształtach. Mimo pesymistycznej aury i przygnębiającego przesłania, „Olbrzym-samolub” został przyjęty z entuzjazmem przez widownię, która z drobnymi wyjątkami pozostała w kinowych fotelach oczekując na obiecaną, rzeczową dyskusję po zakończeniu seansu. Tak wiele wątków, znaczeń i symboli wymagało przecież fachowej analizy, zagłębienia się w złożoną problematykę dzieła i zwerbalizowania tego co zobrazowane. Przed nami zasiadło dwóch krytyków filmowych. Pamięć mnie zawiodła, a ich nazwiska uleciały. Być może to i lepiej. Nie tyle dla nich, co dla tego wpisu, gdyż nie będąc adresowanym listem z pogróżkami staje się pewnego rodzaju szerszym apelem. Oto co dane było mi usłyszeć z ust ludzi jak mniemam doskonale wykształconych w zakresie filmoznawstwa i oswojonych z wysublimowanymi formami wypowiedzi do tego stopnia, że jednym tchem i bez najmniejszego zająknięcia zaczynają swój wywód od elokwentnego:

„Ten film był potwornie nudny”

Był – nie był. Trudno z takim argumentem w ogóle polemizować, bo pomijając fakt, że jest to opinia stricte prywatna, dodatkowo nijak ma się ona do merytorycznego dyskursu, którego każdy z zebranych widzów oczekiwał. Spojrzałem w lewo, spojrzałem w prawo. Nie tylko ja byłem z lekka obruszony. Rzuciłem okiem na wypowiadającego się krytyka, do którego dotarły już niektóre z szeptów i cichych pomruków, w związku z czym przeszedł do planu b.

„Ten film jest słaby w porównaniu do filmów Kena Loacha”

Tego typu porównania są dość niefortunnym sposobem wartościowania wszelkich dzieł, a ustalanie ich hierarchii, wpisywanie w zestawienia i rankingi w żaden sposób nie służy ich rzetelnej ocenie. Ów system klasyfikacji, funkcjonuje i w drugą stronę. Za marketingowe określenia „zabawniejszy od Greenawaya” lub „nowy, lepszy Bertolucci” powinno się karać chłostą. Zwłaszcza jeśli widzowie zapominają, że oczekiwania są źródłem rozczarowań. A zapominają. Krytycy również. Ponadto, zdaje się, że krytyka filmowa (mówiąc ogólnie) nie zajmuje się absurdalnym systemem oznaczeń gwiazdkowych, który to opętał mózgi miłośników kina dyskwalifikując już na starcie filmy z oceną niższą niż chociażby dzieła wspomnianego wcześniej Loacha. A jednak, krytyk wystawił swoje gwiazdki.

„Przygnębiająca beznadzieja, brakowało mi humoru”

Brakowało Panu humoru w dramacie. Doprawdy? Wdrażając w życie tego rodzaju filozofię, należy uznać, że w filmach komediowych stanowczo za rzadko mamy do czynienia z sytuacjami dramatycznymi, a upadek czy gafa komika powinny nas wzruszać. W przeciwnym wypadku, mamy do czynienia z przerysowaniem. Zupełnie jak w „Olbrzymie-samolubie”, któremu drugi z Panów przypisał ową cechę, ku zdumieniu zebranych na sali dyskutantów.

„Przerysowany dramatyzm”

Z całym szacunkiem, ale jeśli obraz umiarkowanej nędzy w „Olbrzymie-samolubie” czy w jakimkolwiek innym filmie wydaje się Panom jedynie estetycznym, pustym frazesem, to wygląda na to, że Panowie spędziliście dzieciństwo w ogrodach domów z basenem i, nie mając pojęcia o tym, co przynosi życie skryte za wysokim żywopłotem, popijaliście zagraniczną oranżadę. Jeżeli posępny nastrój, dominujący w historii przedstawionej przez Clio Barnard, jest dla Panów przerysowany, to filmy pokroju „Pianisty” Polańskiego, w których to dramaturgia i emocjonalne napięcie sięga zenitu, muszą być fantastyką.

Widownia, swoimi pytaniami, próbowała zmienić bieg tej dyskusji . Jałowy to wysiłek, bo jak się okazuje:

„Obejrzeliśmy film o zbieraniu złomu”

Po raz kolejny mieliśmy więc do czynienia z brakiem wyczucia estetyki, nieumiejętnością odczytu podanych jak na dłoni znaczeń lub (co wydaje się być bardziej prawdopodobne) zamierzoną ignorancją, a przy okazji popadaniem ze skrajności w skrajność. I znów, jeśli brać sobie do serca owe racje:

  • „Brokeback Mountain” to film o wypasaniu owiec,
  • „Hiroszima, moja miłość” to liryczny film porno,
  • a „Smak Wiśni” traktuje o jeździe samochodem po piaszczystych pagórkach obrzeży Teheranu.

Wracając do tematu przerysowań, Panowie wspólnie doszli do ironicznego wniosku, że przepisem na ujmujący, udany festiwalowy film są opady atmosferyczne. Precyzyjniej: twierdzą, że to zabieg celowy, uruchamiający w odbiorcy większą podatność na wzruszenia (?).

„Nie podobało mi się, że ciągle padał deszcz”

Żyłem w przekonaniu, że nie ma na świecie osoby, która nie znałaby przypadłości z jaką borykają się, nie od dziś, krainy geograficzne położone na północny zachód od Polski. Film został nakręcony w Wielkiej Brytanii. Cała przedstawiona historia odbyła się również na jej terenie. Czy coś wam już świta? Tak jest. Deszcz. Niemal codziennie. Deszcz.

I jakby tego było mało, jeden z krytyków filmowych postanowił na zakończenie rozluźnić napiętą atmosferę nietuzinkowym żartem. Mianowicie uznał, iż prócz wszelkich wad, „The Selfish Giant” posiada jedną istotną zaletę, bowiem:

„Nauczyliśmy się, że nie należy kraść przewodów wysokiego napięcia”

Wyborny dowcip. Nie mogę się oprzeć pokusie i chciałbym zadać pytanie. Czy w świecie kina istnieje coś na wzór etyki lekarskiej? Może należałoby stworzyć oficjalny kodeks krytyki filmowej, który chroniłby zarówno dzieło jak i odbiorców przed nieprofesjonalnymi profesjonalistami i ich argumentami wątpliwej wartości merytorycznej? Pozostając przy terminologii medycznej, na nic by się to zdało, gdyż część krytyków i tak broniłaby się klauzulą sumienia.

Doprawdy, nie pierwszy raz spotykam się z tym smutnym obyczajem.

Tego wieczoru, krytyków z powodzeniem zastąpić mógł nijak nie związany ze światem kina marynarz pokładowy zdezelowanego kutra rybackiego. Może wtedy miałoby to jakiś sens. Panowie! Nikt Was nie przymusza do wykazywania się nadmierną erudycją. Nikt nie każe Wam imać się wykresów i szkiców w eisensteinowskim stylu. Nikt nie zmusza do sporządzania obszernych analiz rodem z prac André Bazina. Jedyne czego pragniemy prócz filmowej wiedzy, to odrobina elokwencji, wyczucia i prawdziwego powołania, bo po tym i wielu innych wieczorach spędzonych z Wami w salach kinowych, można przypuszczać, że przy wyborze studiów kierowali się Panowie możliwością spędzania niezliczonych godzin w kinie bez potrzeby wagarowania. To zdecydowanie za mało.

P.S. 1. W ramach drobnego sprostowania. Film „Olbrzym-samolub” nie wywarł na mnie oszałamiającego wrażenia. Pragnę również oświadczyć, że nie jestem spokrewniony, ani też spowinowacony z reżyserką, ekipą filmową i aktorami. W związku z czym, jakiekolwiek oskarżenia dotyczące mojej rzekomej zemsty wobec Bogu ducha winnych krytyków filmowych są zbędne.

P.S. 2. Z całego serca polecam za to innego finalistę Lux Prize 2013, czyli włoski „Miele”. Jest to film o środkach usypiających dla psów. O ile pamiętam, zawiera bardzo małą ilość deszczu.

kreskaTU – przeczytasz o American Film Festival 2013.
TU – zapoznasz się z nowym trendem w sztuce współczesnej.