Kto, do jasnej cholery, pozwolił mu siąść za fortepianem?! – Bob Dylan – relacja z koncertu

dylan

Bob Dylan dał w Amsterdamie dwa koncerty, dzień po dniu pojawiając się na scenie Heineken Music Hall. Pomimo podeszłego wieku, siły witalne pozwoliły mu wytrwać przed publiką pełne dwie godziny. Były to jednak godziny całkowicie pozbawione muzycznego polotu, do cna jednostajne i bezbarwne. Rozczarowanie nie chwyta za szyję tych, co wiedzą czego powinni się spodziewać. Znając ostatnie wydawnictwa Dylana, stylistykę w jakiej zostały utrzymane oraz ich kompozycyjny potencjał, zdawałem sobie doskonale sprawę na co mogę liczyć i dokładnie to otrzymałem. Czy powinienem więc na cokolwiek narzekać?

Niekoniecznie, ale zamierzam.

Znajdą się tacy, którzy zechcą mnie pouczyć utożsamiając się ze stwierdzeniem, jakoby na występy wielkich gwiazd przybywało się głównie w celu stanięcia na przeciw oślepiającego blasku żywej legendy. Doprawdy, jeśli są ludzie, dla których jedyną motywacją i powodem uczestnictwa w wydarzeniu muzycznym jest szansa ujrzenia dorodnego okazu, to może należałoby się zainteresować wybiegiem dla słoni w ogrodzie zoologicznym lub genetyczną modyfikacją owoców i warzyw?

Znajdą się tacy, którzy za jakąkolwiek krytykę ikony kontrkultury lat 60. ubiegłego wieku, zakopali by mnie żywcem w lesie. Zanim chwycicie za szpadle, pragnę oznajmić: jestem jego wielkim miłośnikiem, od lat i dziś i po wsze czasy. Mimo to śmiem twierdzić, że nawet największych, honorowanych prestiżowymi nagrodami i poważanych na świecie artystów nie chroni żaden immunitet. W rzetelnej ocenie dzieła nie ma miejsca na taryfy ulgowe.

Sztuka to nie bilet autobusowy.

Bob Dylan odbywa właśnie trasę koncertową promującą najnowszy album „Tempest”. Oznacza to, że widzowie, znający go głównie lub jedynie z utworów stanowiących swego rodzaju evergreeny muzyki rozrywkowej, mogli poczuć się odrobinę zawiedzeni. Zabrakło hymnów generacji beat, dawnych protestsongów i poetyckich pieśni wielbionych przez pokolenia hipisowskie i posthipisowskie. Z drobnymi wyjątkami, nie usłyszeliśmy praktycznie niczego, co przeciętnemu słuchaczowi mogło przywieść na myśl pseudonim artystyczny Roberta Allena Zimmermana. Bynajmniej, nie świadczy to o mizernej kondycji artystycznych walorów koncertu. Istnieją bowiem odmienne czynniki sprawcze. Pomijam już fakt, że Dylan w zasadzie nie śpiewał a jawnie i z premedytacją utrzymywał ton chrapliwej melorecytacji. To z pewnością zasługa wieloletniego eksploatowania strun głosowych i doprawdy byłem w stanie to zrozumieć – w przeciwieństwie do tekstów większości wykonywanych przez niego utworów. W związku z powyższym, postanowiłem nie zaprzątać sobie nimi głowy i skoncentrowałem się na muzyce estradowego zespołu, który zdawał się być w znacznie lepszej formie od swojego lidera. Sprawni technicy i biegli w wysmakowanej, muzycznej interakcji profesjonaliści. To im Dylan oddał pieczę nad udźwiękowieniem swojego werbalnego przekazu i była to decyzja słuszna. Sam nie zbliżył się nawet na moment do kojarzonej z jego wizerunkiem gitary akustycznej. W lekkim rozkroku i z dłońmi w kieszeniach spodni, stał przed mikrofonem na do połowy zaciemnionej scenie.

Wierzyłem, że jeszcze mnie zaskoczy.

I zaskoczył wszystkich, gdy z jednej z kieszeni wyciągnął harmonijkę ustną. W Heineken Music Hall wybrzmiało kilka przeciągniętych dźwięków wprawiających w drżenie nie tylko rozstawione na sali sprzęty, ale i dłonie ospałych widzów, którzy poczęli gromko oklaskiwać ów wyczyn. Dylanowski, lichy styl gry na harmonijce, przez lata stał się równie legendarny co sam jego twórca. Dziś Dylan jest w stanie popisać się kilkoma nieskomplikowanymi zagrywkami. Sześćdziesiąt lat praktyki nie poszło na marne. Jednak gdy zajął się fortepianem, wnet zrozumiałem, że nie obędzie się bez kolejnych stu dwudziestu. 

Kto, do jasnej cholery, pozwolił mu siąść za fortepianem?

Nietrafione i nieczyste dźwięki wybrzmiewały jakby na przekór schematom metryki muzycznej. Wygrywane przez Dylana szczątkowe melodie gubiły się, raz po raz zwalniając i przyśpieszając pomiędzy taktami. Muzycznie, rujnowało to całkowicie prezentowane kompozycje i na nic zdały się próby zatuszowania fałszywych, fortepianowych nut przez członków dylanowskiego zespołu. Co ciekawe, sam Dylan zdawał się nie zwracać uwagi na tę niepokojącą kakofonię. Nie potrafię pojąć, jak można było do tego dopuścić. Jak mniemam, ta niezamierzona, pseudo psychodelia prezentowana jest przy okazji każdego występu. Czy nikt w sztabie menadżerów, dźwiękowców, przyjaciół i współpracujących muzyków nie był wstanie wydusić z siebie:

„Bob. Wybacz. Nie nadajesz się. Odpuść sobie” ?

Być może, na próżno szukać winnych tej anomalii. Najwidoczniej wybitny pracodawca, w osobie Boba Dylana, traktowany jest jak uprzywilejowany i nieomylny decydent. To oczywiście byłoby zrozumiałe, gdyby decyzje uznawane za święte, nie szkodziły zawiedzionym słuchaczom, a przede wszystkim jego własnej osobie. Przydałaby się odrobina oświecenia w tej monarchii absolutnej. Tak już zupełnie na koniec, chciałbym wierzyć, że w czasie ostatniego powrotu na scenę wszystko uległo diametralnej zmianie i cała sala oniemiała z zachwytu. Niestety, jestem parszywym ignorantem i zamiast zostać na bisie postanowiłem wsiąść we wcześniejszy pociąg powrotny. Jak mogłem to uczynić? Otóż można być fanem Boba Dylana (lub kogokolwiek innego), ale przede wszystkim należy być fanem muzyki.

P.S. Organizatorzy wydarzenia, oświadczyli, że uwiecznianie występu za pomocą kamer i aparatów fotograficznych jest surowo zabronione. Należało to uszanować.


TU – facebook.