Tylko Kochankowie Przeżyją – Pełnokrwisty Jim Jarmusch

jarmusch

Nareszcie! Nareszcie, Szanowny Panie Jarmusch. Osiem lat od pierwszych pogłosek o pracy nad owym filmem, Only Lovers Left Alive trafia na ekrany kin. Paradoksalnie, w najbardziej odpowiedniej dla siebie chwili.  Nurt pop-wampiryczny z wolna odchodzi do lamusa, przynajmniej na kolejne kilka, kilkanaście lat. I w tym właśnie momencie pojawia się „Nowy Jarmusch”, który sukcesywnie, sekwencja po sekwencji, scena po scenie, pastiszuje imperatywy wampirycznej mitologii. Przyznaję, obawiałem się najgorszego i jak się okazuje, potwornie grzeszyłem. Jim Jarmusch należy bowiem do grona reżyserów, którzy z biegiem lat przechodzą estetyczne transformacje, zaskakują formą i eksperymentują z transmisją treści, ale klasa tej ostatniej nie powinna budzić żadnych wątpliwości. Nigdy. W nikim. Only Lovers Left Alive jest filmem o wampirach. Bądźmy jednak szczerzy.

To nieprawda.

Owszem, zjawiskowa Tilda Swinton jako Ewa, wraz ze swoim partnerem Adamem, od stuleci popijają krew z karafek i piersiówek, by na krótką chwilę popaść w stan absolutnej ekstazy i wyzbyć się syndromów Weltschmerzu. Eliksir życia wiecznego uzyskują w sposób całkowicie humanitarny, bo zwyczajowe uliczne łapanki to już przeżytek i metoda godna średniowiecznych oprychów. Oto mamy do czynienia z osobnikami dojrzałymi, w pełnym i dosłownym tego słowa znaczeniu. Skrupulatnymi obserwatorami dziejów świata, naocznymi świadkami ludzkich sukcesów i klęsk. Przede wszystkim jednak, intelektualnego, kulturowego i moralnego upadku, degradacji wartości oraz wtórnej głupoty współczesnych cywilizacji. Jarmusch upokarza nas w sposób ledwie wyczuwalny. Przyozdabiając krytyczną postawę bladoskórych bohaterów wyszukanym dowcipem, sprawia, że wcale nie mamy ochoty się obrażać. Wręcz przeciwnie, pragniemy zupełnego upodlenia. W związku z powyższym, rozczarowany naszą postawą Adam (znamienity poniekąd Tom Hiddleston) traci wiarę w sens swego istnienia i rozważa jego rychłe zakończenie. I tu pojawia się Ewa, bo jak głosi wieszcz, tylko kochankowie przeżyją.

RZ6A7363.JPG

Nie dość, że nie jest to film o wampirach, jeszcze trudniej chrzcić go mianem horroru, co z łatwością przychodzi nierzetelnym mediom internetowym. Mało tego. Nie jest to nawet film grozy! W trakcie seansu, przyglądamy się wiecznej miłości kochanków, ich zamiłowaniu do sztuki, nauki, literatury, poezji i muzyki. Ta przytłaczająca masa uczuć jest zapewne powodem, dla którego nowy obraz Jarmuscha zamknięto również w jednej szufladzie wraz ze wszystkimi romansami tego świata. Fachowa robota. Podążając ścieżką nietrafionych klasyfikacji, Only Lovers Left Alive należałoby kategoryzować jako wyśmienity okaz kina neo-noir, wyłącznie z powodu wampirzej przypadłości – dokuczliwego światłowstrętu.

A tu niespodzianka!

Okazuje się, że stykamy się z dramatem w przebraniu, co bywa mylące. Dramatem poruszającym problematykę słuszności ludzkiego bytu. Prawdopodobnie wystarczyło wyjść na scenę i ogłosić „Proszę Państwa. Jest źle, jest coraz gorzej”, ale Jim Jarmusch nie jest sztampowym mówcą scenicznym, lecz niezależnym reżyserem filmowym. Nie wprowadzając nikogo w błąd, należy zaznaczyć, że Only Lovers Left Alive to dzieło zdecydowanie nieskomplikowane w odbiorze i po abstrakcyjnym narracyjnie The Limits of Control, wszyscy zawiedzeni i sceptyczni miłośnicy reżysera mogą odetchnąć z ulgą. Wrócił. I to w całkiem przyzwoitej formie, wręcz dobrej, a chwilami sięgającej znakomitości. Liczne odniesienia do sztuki filmowej i literatury są całkowicie usystematyzowane. Przypadkowa nie jest także muzyka pozostająca integralnym elementem „Kochanków”. Czerń nocy i senna aura dopełniają się znakomicie z hipnotyzującym duetem gitary elektrycznej i lutni. Wraz z ciężkim, pulsującym rytmem, wprowadzają widza w upajający trans. Za ów udźwiękowiony narkotyk odpowiedzialność ponosi awangardzista Jozef van Wissem oraz sam Jim Jarmusch, który prócz eksperymentów z muzyką, po raz pierwszy, zdecydował się na wykonanie zdjęć filmowych techniką cyfrową. Szkoda, choć może w przypadku Only Lovers Left Alive to celowy zabieg?

hiddleston

„Kochankowie” nie są teatrem dwóch aktorów. Role Wasikowskiej i Hurta, pełnią funkcję ważną, symboliczną – obnażają międzypokoleniowe odchylenia. Jeśli John Hurt, jako Christopher Marlowe, uosabia kondycję artyzmu, sztuki najwyższej próby, to Jarmusch posłużył się bajecznie interesującą alegorią. Przy okazji, z przymrożeniem oka manifestując swoją afirmację wobec teorii spiskowych dotyczących niejakiego Williama Szekspira i jego (rzekomo nie jego) dzieł. Wypada cenić aktorów posiadających zdolność wzbudzenia w nas uczucia pogardy wobec odgrywanej przez nich postaci. Mia Wasikowska czyni to na tyle skutecznie, iż zapragnąłem, by zniknęła z przed mych oczu, na długo nim Adam i Ewa się ze mną zsolidaryzowali. Wszystkich pozostałych chciałoby się oglądać wiecznie. Walory komiczne, z lekka odbiegające od standardowo wykorzystywanego przez reżysera humoru abstrakcyjnego i silnych kontrastów, nie zakłócają w żaden sposób przekazu mniej wesołej treści. Być może, poznajemy nową, jarmuschowską odmianę oświeceniowego „Bawiąc uczyć”. Wybornie! Konkludując i zarazem spłaszczając nieco moje zachwyty, najnowsze dziecię Jarmuscha nie jest może filmem epokowym, lecz to dzieło spójne, błyskotliwe i zdecydowanie warte uwagi wszystkich śmiertelników.

Co dalej?

Mimo z lekka deprymującego wydźwięku „Kochanów”, pamiętać należy:

  • Życie, życie jest nowelą.
  • I tak warto żyć.
  • Od dna należy się odbić, by wypłynąć na powierzchnię.

Nie jest to metafora reżyserskiej rekonwalescencji i powrotu Jarmuscha do klasycznego stylu, aczkolwiek seans „Kochanków” spowodował, że oczekuję już jego kolejnego dzieła. Z astronomicznie niezdrowym utęsknieniem – gdyż nie żyjemy wiecznie. Cóż, tylko w obliczu śmiertelności, cierpliwość jest cnotą.


TU – tylko śmierć jest wiecznie żywa.
TU – facebook. Zapraszam.