Frank Zappa w Krakowie | Żółty Rekin na żywo

zappa w krakowie

Trudno nie zgodzić się z opinią polskich mediów kulturalnych na temat koncertu wieńczącego tegoroczny festiwal Sacrum Profanum. Okrzyknięty mianem jednego z najważniejszych wydarzeń muzycznych roku 2013, występ orkiestry Ensemble Modern takim bowiem się jawił, jeszcze na długo nim grupa instrumentalistów zajęła miejsca na scenie Hali Ocynowni w Krakowie. Nie na co dzień do czynienia mamy z muzyką Franka Zappy. Na próżno szukać powodów, a przedwczesna śmierć prawdopodobnie nie przyczyniła się wcale do spopularyzowania jego twórczości na świecie, choć historia zna przypadki, w których tego typu zagrywki okazywały się strzałem w dziesiątkę. Dziś, dwadzieścia lat później, Zappę nazwać należy legendą awangardy muzycznej, aczkolwiek sam zainteresowany bez wątpienia obśmiałby i wykpił powagę tych wzniosłych epitetów.

Przechadzając się ulicami Krakowa, wielokrotnie napotykałem olbrzymie plakaty z wizerunkiem człowieka o najpiękniejszym zaroście na Ziemi, który mierzył przechodniów przenikliwym spojrzeniem. Przez chwilę byłem nawet w stanie uwierzyć, że 21 września ów jegomość, we własnej osobie pojawi się na scenie. Jak łatwo się domyślić, byłem w błędzie. Zamiast niego, przed mikrofonem stanął prezenter, który przywitał licznie zgromadzonych widzów i uroczyście oznajmił, że oto jesteśmy świadkami

„pierwszej na taką skalę, prezentacji twórczości Franka Zappy w Polsce”

Słowa to podziwu godne, lecz odrobinę mijające się z prawdą. O ile mnie pamięć nie myli, w naszym kraju pojawił się już niegdyś Zappa junior, który wraz ze zgrają muzykantów dawał występy pod szyldem „młody gra piosenki taty i zgarnia za to nieco grosza”. Jakimikolwiek pobudkami kierował się Dweezil Zappa, szacuję, iż zaprezentował polskiej widowni repertuar swojego ojca w dokładnie tej samej skali, a co najmniej zbliżonej (jeśli wartości artystyczne mielibyśmy zastąpić matematyką w czystej postaci). Nie mniej jednak, występ Ensemble Modern należał do tych niepowtarzalnych i jedynych w swoim rodzaju, gdyż demonstrował cały ogrom talentów Zappy seniora, jako szalenie oryginalnego kompozytora muzyki powszechnie uważanej za poważną, nie zaś rockowego prześmiewcę i złośliwego szarlatana. Kompozycja „G-spot Tornado”, zagrana jako pierwsza, już samym swoim tytułem powinna zdradzić każdemu niewtajemniczonemu laikowi z jakiego rodzaju majestatem i dostojeństwem mamy tutaj do czynienia.

 

Powodem, dla którego wybrałem się do dawnej stolicy naszego kraju, było nie tyle muzyczne widowisko firmowane nazwiskiem największego z triksterów awangardy, ale  sam fakt, że graną tu muzykę napisał on specjalnie dla tej orkiestry. I właśnie ta orkiestra, na kilka chwil przed śmiercią Zappy, w roku 1992 zarejestrowała siedemdziesięciominutowy materiał, zebrany w całości na płycie noszącej wdzięczny tytuł „Yellow Shark”. Tak więc AUTENTYCZNOŚĆ, którą bardzo sobie cenię. Nie żadne „A Tribute To” czy rzecz pokroju „The Australian Pink Floyd Show”, lecz najprawdziwszy kawałek historii, tu i teraz, w całej okazałości, przed moim obliczem wygrywał właśnie takty karykaturalnie podniosłych i zawiłych „Dog Breath Variations” i „Uncle Meat”.

 

Targały mną jednak drobne wątpliwości i pozwoliłem sobie wszcząć wnikliwe dochodzenie. Znów zahaczam o matematykę, ale jeśli mamy być szczerzy, to okazuje się, że z całej tej autentyczności, do roku 2013 ostało się zaledwie 19%. Z 26 osobowego składu Ensemble Modern, biorącego udział w sesjach nagraniowych Żółtego Rekina (na żywo, rzecz jasna), pozostało bowiem pięciu muzyków, do których przez dwadzieścia lat dołączali nowi i nowsi oraz nowsi od nowszych. Drobiazgowość to moje drugie imię, choć tym razem na prawdę nie chcę nikomu i niczego udowadniać. Mimo tej zatrważającej wiedzy, całkowicie oddałem się ich sztuce, technicznie perfekcyjnej, a i przyzwoicie nagłośnionej, co sobie chwalę. Jeśli już miałbym się do czegoś przyczepić, to doskwierała nam porażająco niska temperatura w Hali Ocynowni, ale przecież nikt nie przyszedł się tu wygrzewać. I jeśli już miałbym się do czegoś przyczepić, to zerowa widoczność już od połowy sali była w pewnym stopniu irytująca, ale przecież nikt nie przyszedł muzyki oglądać. Ostatecznie, przyczepić mógłbym się również do pięcio lub sześciokrotnego bisowania orkiestry, która zmuszona była wykonywać te same kompozycje po raz wtóry, ale czyż nie po to, tego wieczora, wszyscy zebraliśmy się w jednym miejscu, by okładano nasze łby ciężarem geniuszu Franka Zappy, choćby i dwa, trzy razy, tym samym narzędziem? No właśnie po to.


TU – facebook.