Za co kocham Nowy Orlean

new orleans

Poznałem kobietę. Prawie dziesięć lat temu. Zawsze byłem sceptycznie nastawiony do internetowych komityw, ale tym razem miałem do czynienia z czymś zupełnie odmiennym. Usłyszałem jej głos w sieciowej rozgłośni radiowej. Słodkie jak miód dźwięki zalały me biedne serce. Od tej chwili wiedziałem, że moja ci ona i nie oddam za żadne skarby. Wysłuchałem jej historii, wysłuchałem niezliczonych pieśni, widziałem zdjęcia z dzieciństwa, kolekcjonowałem wycinki z gazet. Obejrzałem filmy, przeczytałem książki i w końcu przedstawiłem rodzicom. Byli zachwyceni.

Nazywa się New Orleans i jest z Ameryki. 

I możesz mieć wątpliwość, czy aby miłość to szczera, bowiem nigdy nie widzieliśmy się z bliska. Obiecałem sobie jednak, że ten dzień nadejdzie. I nadejdzie. Będą miłosne objęcia, gdzieś w samym centrum French Quarter. Będą łzy szczęścia na Bourbon Street i rumieńce na Congo Square. Będziemy spacerować brzegiem Mississippi, odwiedzimy Tipitinę i Preservation Hall. Zatańczymy w second line podążając za plecami Olympia Brass Band. Zgubimy się w tłumie świętując Mardi Gras. Będziemy wspominać Kida Ory’ego, Buddy’ego Boldena, Louisa Primę i Jamesa Bookera. Zaręczymy się przy perfekcyjnym jazzowym solo z Potato Head Blues. Nie przysięgnę jej wierności, ale obiecam, że wrócę i zestarzejemy się razem, najpiękniej jak potrafimy.

Koniec z tym ckliwym pieprzeniem.

W tym momencie odpalasz przycisk ‚play’ w zamieszczonym powyżej utworze. Istnieje szansa, że zrozumiesz mnie bez słów. Jest jedno miejsce na tej planecie, które pragnę kiedyś nazwać domem. Gdybym tylko mógł je nazwać domem. To miasto, w którym saints go marching in. To miejsce of million dreams i nikogo tu nie dziwi, że w Big Easy every day is a holiday. Jeśli kiedykolwiek przyjdzie mi w nim żyć, co ranek przy skrajaniu cebuli na kreolską jambalayę, wyśpiewywać będę wniebogłosy what a wonderfull world Louisa Silnorękiego.

A co ty tam będziesz robił mój drogi?

Zamieszkam w domu przy kwitnącej magnolii. Na werandzie postawię rozstrojone pianino i zbuduję ołtarz Professorowi Longhairowi. Będę palił fajkę pokoju z wielkim wodzem czarnoskórych Indian. Ocalę wszystkie pelikany. Poznam Króla Zulusów i zgłębię tajniki Voodoo. Wypiję tysiąc kaw na Basin Street i all that jazz.

 

Znajdę czas na słynne, cotygodniowe, muzyczne garden party u Kermita Ruffinsa jak i na doroczne New Orleans Jazz Fest. Ugotuję najprawdziwsze gumbo i wyjdę na ulicę, by wziąć udział w radosnym, jazzowym pogrzebie. Posiądę sztukę gry na suzafonie i zostanę jedynym białym członkiem czarnego brass bandu. Poznam na własne uszy muzykę cajun, nowoorleański funk i rythm and blues i boogie woogie i dixieland i swamp blues i zydeco. Ich korzenie, ale także bujnie okwiecone gałęzie i słodkie, dojrzewające w słońcu Louisiany owoce.

A cóż w tym pięknego przyjacielu?

A cały ów miks kulturowy. Ta dzika fuzja tradycji istniejąca nie tylko w warstwie muzycznej, ale i etnicznej. Jeśli jakiekolwiek miasto na świecie zasługuje na miano stanu umysłu, to właśnie Nowy Orlean jest moim faworytem. Dotarłeś kochany czytelniku do akapitu, w którym to pragnę Cię przeprosić. Musisz wybaczyć mi lawinę nowoorleańskiego slangu kulturowego, musisz wybaczyć mnogość cytatów z tamtejszych, jazzowych standardów. Prawdopodobnie nic Ci one nie mówią i jeszcze mniej dla Ciebie znaczą. Przepraszam też za amerykanizmy, którym zazwyczaj mówię stanowcze no way. To wszystko miłość, szalona jak pies z zapienionym pyskiem.

 

My tu o Stanach, a już jutro lecę do Marsylii i mam taką cichą nadzieję na usłyszenie komunikatu z kokpitu samolotu. „Drodzy pasażerowie, co za pech. Nastąpiła awaria oświetlenia płyty lotniskowej i jesteśmy zmuszeni lądować w Nowym Orleanie…”


TU – facebook.