Bowie by Duffy, czyli zmyślne szczucie Gwiezdnym Człowiekiem

bowie wystawa

Odrobinę zmasakrowałem słynne zdjęcie Davida Bowiego. Nie mogłem bowiem znieść jego przeklętego spojrzenia na głównej stronie bloga. To pewnie dlatego, że nigdy specjalnie za nim nie przepadałem. Nie rozumiałem jego niegdysiejszego fenomenu, zarówno w przypadku samej muzyki jak i wizerunku scenicznego. Ryżawy Książę Kosmosu. Człowiek zrodzony z gwiezdnego pyłu, ubrany w kombinezon a’la perski dywan i złoty płaszcz z kotary łazienkowej. Blask, przepych, szminka i cekiny. Dziś, po latach niekończącej się walki z samym sobą, po licznych próbach nawrócenia i analizie wszystkich za i przeciw, ostatecznie zrozumiałem, że…

nie zmienię zdania.

Jest coś, czego odmówić Bowiemu nie mogę. Wykonano dla niego kilka naprawdę intrygujących fotografii. W tym jedną, która jako portret gwiazdy pop była na tyle blisko jakiegoś nieokreślonego ideału, że stała się niekwestionowaną ikoną popkultury. Symbolem równie rozpoznawalnym co Marylin Monroe nad kratką wentylacyjną metra czy puszka zupy Andy’ego Warhola. Mowa oczywiście o zdjęciu wykorzystanym przez prekursora glam rocka jako okładka albumu „Aladdin Sane”, z roku 1971. Autorem portretu Bowiego z pierunem jest niejaki Brian Duffy, na którego wystawie miałem przyjemność spędzić w zeszły piątek dłuższą chwilę. Kolekcję dzieł angielskiego fotografa zebraną w amsterdamskiej galerii FOAM zatytułowano „Bowie by Duffy”. – nie bez powodu. Nie umniejszając niczyich zasług, to Bowiemu bliżej do popularności Jezusa niż komukolwiek, kto stał przed nim z aparatem. Co za tym idzie, bóstwo czy postać poniekąd święta przyciąga uwagę szerszej publiki niżeli nawet najbardziej utalentowany syn rybaka. Wstrętne prawo tego świata, ale i całkiem sprytnie wykorzystane.

aladdin sane

Jedyne słuszne (bo te pierwsze i oryginalne) kadry z sesji do Aladdin Sane. Ukradłem ze ściany galerii, aparatem (kulturalnie – bez lampy).

Szczucie Gwiezdnym Człowiekiem zadziałało. Złapałem się na haczyk i powędrowałem ujrzeć na własne oczy kawałek historii. Przypuszczałem, że w salach FOAM rozwieszono zaledwie z dwadzieścia fotografii, ale myliłem się. Było ich czternaście. Bowie z gitarą. Bowie w przebraniu. Bowie w kapeluszu. Bowie nago. Bowie nocą. Bowie w dzień. Bowie w negatywie. Tego trzeba było się spodziewać, ale oprócz portretów gwiazdy pop, dane mi było obejrzeć godzinny film dokumentalny, przybliżający sylwetkę ich autora. Jak się okazało, Brian Duffy to nie przypadkowa postać, a propozycja współpracy z Davidem Bowiem nie została wzięta z księżyca (choć zapewne, terminologia ta przypadłaby do gustu Ziggy’emu Stardustowi). Duffy nazywa siebie zwykłym rzemieślnikiem. To skromność, szczera lub fałszywa. Prawdę mówiąc, jest artystą przez bardzo duże, barwne i migoczące po zmroku A. Człowiek, który w latach 60. ubiegłego wieku zrewolucjonizował fotografię mody, odrębnym, „dokumentalny” stylem, nie może być przecież pospolitym wyrobnikiem. Fotografie fatałaszków nigdy nie cieszyły się moim zainteresowaniem, ale jego prace przykuwają wzrok niczym glamrockowy płaszcz z tysięcy świecidełek. Przede wszystkim, przepiękna kompozycja, jakby bezczelnie skradziona mistrzowi Koudelce, ekspresja i kolor.

les trois magiciennes 1962

pret-a-poreter-sept-1977

telegraph 1975

Prawda, że pięknie?

Kobiety, wielbłądy i odkurzanie dywanu, a nie jakiś tam farbowany glam rock majster o trupiej karnacji. Muszę przyznać, kampania „Reklamujemy Duffy’ego Za Pomocą Bowiego” przypadła mi do gustu. Zwłaszcza, że zmyślna taktyka promocyjna nie miała na celu opchnięcia nam wielofunkcyjnej pompki do materaca, lecz sztukę miłą oku. Więcej jej znajdziecie w galerii nieżyjącego już fotografa, o TUTAJ. Cieszcie oko do łez rzęsistych, a jeśli to za mało, sprawdźcie zamieszczony poniżej film o człowieku, który wystrzelał wszystkie gwiazdy lat 60. i nie trafił do więzienia.

Bez odbioru.


TU – facebook.