Sixto Rodriguez – produkt doskonały | okrutna relacja z koncertu

sugar man sixto

To jest tekst o tym, jak się zagania owieczki do zagrody. Jeśli chcesz wiedzieć jak stworzyć legendę i zbić majątek zanim widzowie Twojego przedstawienia zorientują się, że są częścią biznesplanu, przeczytaj.

Przepis na sukces:

Po pierwsze, potrzebujesz interesującej historii. Nie musi być najpiękniejsza, ale koniecznie ze szczęśliwym zakończeniem. Masz więc Rodrigueza. Zdolny reżyser i scenarzysta (najlepiej w jednej osobie) zajmą się całą resztą. Przecież, aby sprzedać diament po dobrej cenie, trzeba go najpierw doszlifować, prawda? Kiedy opowieść jest już wystarczająco wzruszająca, dopieszczasz wszystko odpowiednio zmontowanymi i podkolorowanymi wypowiedziami kilku (mniej lub bardziej) związanych z tematem osób. Nękasz nas fragmentem najbardziej chwytliwego utworu przez cały film, tak by zapadł nam w pamięć. Opowiadasz o tajemnicy, śledztwie i odkryciu niezwykłego człowieka. Przypadkowo pomijasz kilka wątków, które mogłyby zepsuć wspaniałą zabawę. Przedstawiasz artystę w samych superlatywach, hiperbolizujesz jego talenty. Ocierając się o śmieszność, chrzcisz „prorokiem”. Ludzie uwierzą, przecież to nie fantastyka, lecz dokument. Dokument nie kłamie. Odpowiednia reklama w prasie, chwytliwy trailer. Dostajesz złotą kukłę od Amerykanów. Świat jest Twój. Owieczki zagonione. Mało tego. Całe stada zaczynają oddawać się dobrowolnie, a Ty tylko strzyżesz je z pieniędzy. (Zainteresowanych odsyłam do pogawędki w social mediach)

Jednak nie nad filmem chciałem się dziś znęcać.

Zanim opowiem o koncercie, małe sprostowanie. Nie ganię Pana Rodrigueza, bo zapewne nie miał wpływu na efekty pracy reżyserskiej. To zdolny człowiek, który kilka ładnych melodii obdarzył zgrabnym tekstem. Stawianie go na równi z Bobem Dylanem (lub wyżej) jest jednak bluźnierstwem najwyższego stopnia. Z Rodrigueza taki Dylan jak z Hołdysa Eric Clapton. Ale może o to właśnie chodzi? Kontrowersje przynoszą rozgłos. Rozgłos przyciąga nowe owieczki. No i dałem się zapędzić do zagrody. Obejrzałem film, a z chęci poznania Rodriguezowego geniuszu z bliska, kupiłem nawet bilet na koncert.

bilet

No i się zawiodłem.

Nikomu nie będę robił nadziei. Występ „Cukier Człowieka” nie odmienił mojego życia. Nic podobnego. To był najsłabszy koncert jaki było mi dane zobaczyć. Uwierzcie, było ich już sporo. Impreza zorganizowana w bodajże największej dostępnej hali koncertowej w Amsterdamie, przez Paradiso i piwowarów z Heinekena, którzy (jak się okazuje) oprócz warzenia piwa, kochają również muzykę. Zgrabnie zmontowany film zrobił swoje, przyszła MASA ludzi. W większości młodych, tylko gdzieniegdzie, z tłumu kolorowych czupryn wyłaniała się siwizna. Warto zauważyć, że zazwyczaj na tego typu koncertach jest odwrotnie. A tu psikus. Uwierzcie mi, tylu hipsterów w jednym miejscu jeszcze nigdy nie widziałem. Czy to nie jest trochę tak, że o sukcesie Rodrigueza na światową skalę zadecydowały trendy i podatni na nie młodzi ludzie, którzy w tamtej chwili stali pod wielką, muzyczną świątynią i odprawiali modły do swojego nowego proroka?

Nie wiem kto męczył się bardziej, my czy on.

Prawda jest bardzo smutna. Rodriguez jest człowiekiem starej daty o nikłych już pokładach energii. Siedemdziesięciolatka na scenę wprowadzono powoli i zostawiono przy mikrofonie upewniając się, że nie potknie się o kabel. Przywitał się z uradowaną publiką i zaczął swój występ od „Establishment Blues”. To była męka, wiedziałem, że lepiej już nie będzie. I nie było. Czułem się oszukany. Nie przez niewinnego starca ze skrzeczącą w progach gitarą i słabym głosem, ledwo utrzymywanym w tonacji wykonywanych utworów. Oszukali mnie podli pasterze. Naganiacze! Wyznawcy mamony! Składający pokłony świętemu banknotowi cwani szubrawcy! Mnie, biedną owcę, która kupiła bilet za wygórowaną cenę, a teraz bierze udział w tym smutnym przedstawieniu mając wrażenie, że „lepszy Bob Dylan” za chwilę spadnie ze sceny albo zakrztusi się własną śliną. Oni go chyba zmusili by tam stał, wcisnęli kontrakt, żeby się nachapać, bogacić się na naszych ogromnych oczekiwaniach i jego marzeniu, którym żył (powiedziałbym, że ledwo). Utwory skracane były do minimum, bo gdyby koncert trwał dłużej niż półtorej godziny, najprawdopodobniej na salę wjechałaby karetka.

Dla zainteresowanych.  Relacja wideo z najciekawszymi momentami występu.

Zdruzgotany tą klęską, tradycyjnie już wybrałem się do palarni, w której przebywało trzy razy więcej ludzi niż podczas przerwy pomiędzy supportem a koncertem głównym. To prawdopodobnie ma jakieś znaczenie. Nie można było się wcisnąć, więc powędrowałem poprawić sobie humor innymi używkami. Jedyne oświetlone (prócz sceny) miejsce na sali – lada z piwem. Do łazienki możesz nie trafić, ale gdzie otworzyć portfel Ci podpowiedzą. I żeby jeszcze to piwo można było kupić za pieniądze. Nie można. Najpierw musisz stanąć w nieprzyzwoicie długiej kolejce do automatu z żetonami. Stajesz się świadkiem (i ofiarą za razem) sztuczki, która oczywiście ma na celu obstrzyżenie Cię z kolejnych kilku banknotów.

Test z matematyki:

Zadanie nr 1.

Po zaaplikowaniu 10 euro, automat wydaje 7 żetonów. Duże piwo przy ladzie kosztuje 4 żetony. Ile dużych piw musisz wypić, by nie wrócić do domu z bezwartościowym żetonem?

Nie dałem rady.

Nie dałem rady.

Umęczony i zniesmaczony tą farsą wyszedłem przed jej zakończeniem. Przebrnąłem przez multum drzwi na zewnątrz. Całe szczęście – za darmo. Ponieważ godzina była całkiem przyzwoita (22:15) , zaszedłem 200 metrów dalej, do kina. Z myślą o filmie na dobranoc, wdychałem zapach prażonej kukurydzy i zląkłem się gdy ujrzałem tablicę z filmowym rozkładem jazdy na ten wieczór. Dźwięk szeleszczących banknotów i diaboliczny śmiech z zaświatów nie opuściły mnie przez cały bieg w stronę stacji metra. Niech ten dzień będzie przeklęty.

Zonk!

Niespodzianka!

Nie mam żadnej puenty. Wydaje mi się, że jasno wyraziłem swoje myśli. Jeśli w tej kwestii nie jestem żadnym autorytetem, to być może Pan Roman Gutek nim jest. Dostałem bowiem cynk, że człowiek odpowiedzialny za dystrybucję filmu „Searching for Sugar Man” w naszym kraju, udał się na koncert Sixto Rodrigueza i wyszedł z niego równie zadowolony jak ja. Źródło informacji ściśle tajne.

Ile cukru w cukrze?

Postanowiłem zemścić się na świecie za całą tę aferę wokół „Cukier Człowieka”, za grę na emocjach i wyzysk. Strollowałem internet, a dokładniej Youtube’a. Mało tego. Mój gniew był tak wielki, że zrobiłem to dwukrotnie. Obrzydliwy to suchar, ale… Co się rzadko zdarza, sequel zdaje się być dziełem lepszym od pierwszej produkcji. Taka jest opinia zespołu krytyków, którym miałem przyjemność zaprezentować efekty swojej pracy jeszcze przed premierą. Życzę wszystkim udanego seansu. 5 złotych.


TU – facebook.