Co to jest śpiew gardłowy i na co komu czar orientu?

śpiew gardłowy

Z całej sztuki jaką dane jest nam podziwiać na tym świecie, najbardziej ukochałem sobie muzykę. Jest to miłość bezgraniczna, nieprzerwana i pozostanie taką po wsze czasy. Muzyka bowiem, od zawsze wzbudza w nas emocje, które sprawiają, że dłonie drżą, serca płoną, na powiekach tańczą łzy, skórę przechodzą ciarki, a całe nasze ciała ogarnia tajemnicza moc. To wszystko pod warunkiem, że muzyki nie odbieramy wyłącznie uszami. Pod warunkiem, że pozwalamy jej przeniknąć nasze dusze, kołysać nimi i ponieść w rejony nam nie znane. Pod warunkiem, że oddamy się jej magii całymi sobą, by przeżyć ją, kontemplować, wpaść w trans, w krąg dźwięku, medytować.

Brzmię jak szaleniec? Szaman? Guru sekty?

Znakomicie, bo dziś piszę o muzyce, która jakimś cudem sprawia, że zamykam oczy i pozwalam się unieść przez nieznaną mi, mistyczną siłę, wiatr zesłany przez pradawnych bogów. Niezależnie od tego co porusza Cię bardziej, symfonie Beethovena, radiowe przeboje zza Oceanu Atlantyckiego, pieśni rytualne Zulusów, czy wycie jelenia na rykowisku, jestem pewien, że choć raz w życiu odbierałeś dźwięk w sposób transcendentny. Odnoszę bowiem wrażenie, że dokładnie to czynię, gdy słucham muzyki ludowej Republiki Tuwa i tradycyjnego śpiewu gardłowego.

Co to jest śpiew gardłowy?

To rodzaj sztuki wokalnej polegającej na wydobywaniu rezonansów i przepięknie harmonicznych dźwięków za pomocą powietrza wydychanego z płuc i przechodzącego przez więzadła głosowe. Śpiew gardłowy posiada wiele odmian. Od basowego Dag Kargyraa, którego drgania stawiają włosy na głowach słuchaczy, przez przypominający śpiew liturgiczny rodem z chorałów gregoriańskich Khoomei, do imitującego brzmienie chińskiego fletu bambusowego Sygyt. Muzyka ta wywodzi się z czasów, gdy nasi pra pra pra dziadowie moczyli pieluchy w osadach Lecha, Czecha i Rusa, a ich ojcowie oddawali cześć Światowidowi, doili kozy i ostrzyli włócznie na bój. Czyli całe wieki temu. Specyficzna technika śpiewu kształtowała się w „pięknych okolicznościach przyrody” rozległych, mongolskich stepów, zielonych lasów tajgi i łysych szczytów gór na terenie dzisiejszej Republiki Tuwa. Tradycja mówi o dźwięcznym dialogu wiatru i rzek i rzeczywiście można dostrzec analogię. To co mnie zachwyca, to nie tyle sama egzotyka orientu, co raczej (i tu się powtórzę, nie po raz pierwszy) niebywała autentyczność i naturalne piękno. To niesamowite, że tradycja śpiewu gardłowego nigdy nie poddała się trendom i pozostaje jedną z najintensywniej pielęgnowanych sztuk dalekiej Azji.

 

Grupa Huun-Huur-Tu dla kultury Tuwy ma tak samo ogromne znaczenie jak Ravi Shankar dla muzyki indyjskiej, czy Bob Marley dla reggae. Niezależnie od tego jak ich nazwiecie, skrzeczącymi szamanami, ludźmi-didgeridoo, panowie z  Huun-Huur-Tu są legendą muzyki światowej. Powyższego koncertu wysłuchałem w całości już kilkanaście razy. Oczywiście, polecam zrobić to samo. Najlepiej w zupełnej samotności, by skupić się na harmonii brzmień, odlecieć i oczyścić swoje umysły. (minuta 10.00 -15.30 lub 20.50-29.30) Dla tych, którym bardzo się śpieszy, a w dalszym ciągu nie są w stanie wyobrazić sobie jak to możliwe by „śpiewać gardłem”, minuta 6.25 powinna być najlepszym przykładem. Jeśli jednak wolisz jelenie na rykowisku, to musisz zmienić blog na faunaiflora.blogspot lub poborachganiam.wordpress.

Na koniec

Przyznaję, trochę nabijałem się z Paula Peny, zastanawiając się jak tak utalentowany wykonawca energetycznego funky-bluesy-rocka mógł porzucić swoją karierę dla niezrozumiałego wycia z dzikiej Azji. Dziś wiem, przyjdzie taki dzień, że sam zawitam do stolicy śpiewu gardłowego, jako turysta i amator muzyki etnicznej. Kiedy się tam pojawię, zostanę szamanem i zbawię świat. Taki jest plan.

Bez odbioru.


TU – facebook.