Sex Pistols jazzowej awangardy – Get The Blessing

gtb

O Get The Blessing pisałem już prawie pół roku temu (TUTAJ). Używając przepięknych, poetyckich metafor z karpiem, celofanem i nożem do patroszenia włącznie, ustaliliśmy, że ich muzyka jest równie interesująca co sam artystyczny wizerunek. Przyznaję, byłem zauroczony, a dziś mogę już śmiało pisać o miłości.

Do jazzu się dorasta

Muzyka Get The Blessing to wybuchowy punkrockowy ładunek brodzący w post rockowej nowej fali lat ’80 i psychodelii lat ’60, po szyję zanurzony w jazzie z pod znaku Ornette’a Colemana. Mamy rok 2013. Trudno więc mówić o Get The Blessing jako o grupie awangardowej w czasach kiedy wszystko już było. Nie mam jednak najmniejszych wątpliwości, co do tego że jazzową sztuką jaką popełniają, wnoszą wiele świeżości w rejony już dawno owego odświeżenia potrzebujące. Get The Blessing jest również swoistym pomostem pomiędzy muzyką mniej lub bardziej popularną a światem jazzu z prawdziwego zdarzenia. Choć te słowa mogłyby zostać uznane za uwłaczające – są pochwałą. Mam bowiem pewność, że są tacy, którzy tego typu pomostów potrzebują. Sam przechadzałbym się punk jazzową kładką, gdyby takowa onegdaj istniała.

 

Gdzieście byli 10 lat temu?

Panowie! Gdzie byliście 10 lat temu, gdy przechodziłem katorgę próbując pojąć czym jest jazz? Gdzie byliście gdy nocami torturowałem się „Out to Lunch” Dolphy’ego na zmianę z „Bitches Brew” Davisa i „Brown Rice” Dona Cherrego? Gdzie byliście gdy po kolejnej klęsce odkładałem jazzowe winyle w kąt, wracając do swoich ukochanych rockmanów od Warhola czy Jamajczyków w oparach marihuany? Muzykolodzy powinni przepisywać wasze płyty na receptę każdemu muzycznemu narkomanowi, który pragnie nowych doznań, a wciąż z jakichś względów boi się tknąć czystego jazzu.

 

To tylko kwestia czasu kiedy Get The Blessing pojawią się na jednej z amsterdamskich scen. Oczekując na to wydarzenie,  zakupiłem sobie bardzo duże i bardzo głośne słuchawki by móc słuchać ich muzyki w drodze powrotnej z pracy. Osobiście uznaję to za rozwiązanie idealne, bo nic nie pobudza lepiej od mieszanki punkowej agresji, energetyzującego rocka i saksofonowej magii. No może prócz kawy i papierosów. Ostrzegają mnie, że zginę pod kołami rozpędzonych aut, ale jak umierać to tylko z jazzem na uszach.


TU – facebook.