1, 2, 3… Bóg nie patrzy

madeinusa llosa

Macie dość okrytych niezrozumiałą sławą hollywoodzkich produkcji? Historii spełnionych marzeń z happy endem i brawami? Pragniecie czegoś nowego, egzotycznego, a za razem prawdziwego? Jest oczywiście wiele alternatyw, jedna z nich to filmy Claudii Llosy. Peruwiańskie perełki współczesnego, ambitnego kina latynoamerykańskiego. Przenieście się na chwilę do Manayaycuna, choć dla własnego bezpieczeństwa zróbcie to symbolicznie – oglądając „Madeinusę”.

Manayaycuna (miasto do którego nikt nie ma wejścia – w języku Quechua) to położona w Andach, peruwiańska wieś. Zamieszkujące ją zamknięte społeczeństwo nie przywykło do goszczenia obcych. Każdy kto swoim pobytem zakłóci panującą tu odwieczną równowagę wzbudza w Indianach strach i podejrzliwość, które (jeśli przybysz szybko nie zniknie) przerodzić mogą się w gniew. Zbliża się Wielkanoc, czyli czas pomiędzy śmiercią a zmartwychwstaniem Jezusa. Skoro bóg nie żyje, to nie pilnuje swego stada, a jeśli nie pilnuje swego stada, to owieczki mogą robić co im się żywnie podoba przez całe trzy dni. I robią! Wątpliwe szczęście zamieszkiwania Manayaycuna, przypadło również Madeinusie, młodej córce burmistrza, którego miłość do potomstwa jest co najmniej niestosowna. No ale co tam, przecież Bóg właśnie umarł i grzech nie istnieje… Dziewczyna o twarzy przenikniętej smutkiem skrycie marzy by się stąd wydostać, choć zdaje się to być niemożliwe. Madeinusa poznaje Salvadora, gringo z Limy, który na swoje nieszczęście przybył do wioski na chwilę przed najważniejszym świętem tubylców. Oto pojawia się szansa na odmianę losu czternastolatki.

To mógłby być na prawdę piękny romans

Mógłby, gdyby nie fakt, że film nakręciła Claudia Llosa, a w jej dziełach nie ma miejsca na banał i ckliwe miłosne historie rodem z harlequinów. Wszystko jest o wiele bardziej skomplikowane. „Madeinusa” to przepięknie opowiedziana historia, oddająca prawdziwy obraz życia i obyczajów w Peru. Wizualny minimalizm, rozmaite smaczki i ukryte w fabule niespodzianki, w przystępny sposób pozwalają na podziwianie jakże innego i odległego dla nas świata. Llosa nie boi się poruszać trudnych tematów, nie istnieje dla niej tabu, a jej filmy cechuje niebywała autentyczność ozdobiona peruwiańskim śpiewem i przykuwającą wzrok estetyką. Polecam z całego serca, nie tylko miłośnikom antropologii kulturowej i filozoficznej.

magaly solier

Uwaga, teraz będzie pean na cześć reżyserki

Claudia Llosa to jedna z najbardziej obiecujących postaci kina Ameryki Południowej. Zdanie bardzo encyklopedyczne, zdaję sobie z tego sprawę i na dodatek nie jest ono do końca prawdziwe. Określenie ‚obiecująca’ nie powinno bowiem się tu w ogóle znaleźć. Nie można powiedzieć, że kunszt reżyserski zaprezentowany w jej filmowym debiucie („Madeinusa”) cokolwiek obiecywał nam na przyszłość. On po prostu się objawił i już na samym starcie przygniótł swym ogromem konkurencję, która w mgnieniu oka zrozumiała z kim ma do czynienia. Idę o zakład, że planujący swój debiut, przyszli peruwiańscy reżyserzy w czasie pierwszego seansu rwali sobie włosy z głowy, rozpaczliwie kreślili zalane łzami scenariusze, żegnając się ze swoją nierozpoczętą karierą… I nagle spadł na nich geniusz drugiego filmu Claudii Llosy („La Teta asustada”), zadając ostateczny cios pozbawiający ich radości życia… Amen.


TU – facebook.