Gość specjalny: Bambi

bambi

W swoich licznych listach, prosicie mnie bym od czasu do czasu napisał o czymś bardziej popularnym. Nie zwykłem przystawać na tego typu prośby, lecz liczę się z waszym zdaniem prawie w ten sam bezgraniczny sposób co ze swoim własnym. Pragniecie czegoś z czym zdążyliście zetknąć się już w swoim życiu niejednokrotnie. Wyłącznie dla was, gość specjalny. Jelonek Bambi.

Ale jak to?

Uroczy osobnik po przejściach, rozczulał wasze babcie i dziadków już w latach 40 ubiegłego wieku. Był jedną z tych bajkowych postaci, z którymi widz pragnął się utożsamiać i to nie wyłącznie z powodu krzywych nóżek czy przewlekłego, ropnego zapalenia spojówek. W związku z tym, że nie uroniłem łzy gdy Mama Bambiego umierała (to samo tyczy się Mufasy), a mój stosunek do popkulturowych banałów można określić jednym niecenzuralnym słowem, mam dla was coś zupełnie z innej beczki. Coś co w dalszym ciągu ma związek z naszym leśnym przyjacielem, ale i z innym potwornym symbolem kultury masowej, Godzillą. Animację „Bambi Meets Godzilla” stworzył w roku 1969 Marv Newland. Mieliście więc 44 lata by zdążyć się z nią zapoznać.

Przejdźmy do sedna sprawy

Pomijam już fakt, że sam film, trwający zaledwie półtorej minuty jest przejawem absolutnego geniuszu prostych rozwiązań artystycznych i bla bla bla… Piszę o tym wszystkim nie dla hecy, a już na pewno nie ze względu na listowne prośby czytelników. W kontekście wpisu, który właśnie czytacie, „Bambi Meets Godzilla” ma bardzo prosty przekaz. Postacią, z którą się utożsamiam (jednorazowo) jest radioaktywny, przerośnięty waran z Tokyo. Resztę dopowiedzcie sobie sami.

Bez odbioru.

 

P.S. Za Godzillą również nie przepadam, w ogóle nie jestem fanem gadów.


TU – facebook.